niedziela, września 24, 2017



Jeśli śledzicie moje Instastory to pewnie wiecie, że mój beret (hit sezonu, wiadomo!) strasznie lubi kulturę. Byliśmy ostatnio w teatrze, a dziś beret poczuł wielka nudę i stweridził, że pora zafundować sobie troszeczkę dobrej zabawy, poszliśmy więc do kina. Na najciekawszą premierę tygodnia - Kingsman; Złoty Okrąg. Czy warto?

Warto!!

Nie szukajcie w Kingsman głębokiej fabuły i rozbudowanych psychologicznych kreacji bohaterów. To nie jest produkcja skłaniająca do głębokich przemyśleń, jej celem jest zapewnienie widzom znakomitej zabawy i sprawdza się w tym znakomicie :)

Pierwsza cześć Kingsman była świeża i nowoczesna, a w tym przypadku twórcom udało się otrzymać poziom i Złoty Okrąg jest bardzo dobrą kontynuacją.  

Nasz główny bohater, Eggy, nadal rozwija karierę tajnego agenta, znalazł też dziewczynę, co ciekawe, dziedziczkę jednego z europejskich tronów. Spraw komplikują się lekko, kiedy zostaje niespodziewanie zaatakowany przez dawnego współpracownika, który na dodatek jest wyposażony w nowoczesną protezę dłoni rodem z Terminatora.

Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, kiedy niemal wszyscy członkowie Kingsman zostają zaatakowani i unicestwieni. Przy życiu zostają jedynie Eggsy i Merlin. Konieczne jest wiec wdrożenie protokołu kryzysowego. A co się za nim kryje? Butelka whiskey prosto z Kentucky.

Po kilku przejściach nasi bohaterzy trafiają do siostrzanej agencji - Statesman.
Wkrótce dowiadują się też kto stał za atakiem - to szefowa potężnego kartelu narkotykowego Poppy, która postanawia doprowadzić do legalizacji narkotyków, przy okazji narażając na śmierć kilkaset milionów ludzi. Ale to nie jedyne jej przewinienie, w dodatku porwała biednego Eltona Johna!

I wtedy dopiero zaczyna się dziać!

Najważniejsza rozkmina filmu? kto jest bardziej seksowny, nieskazitelnie eleganccy brytyjscy dżentelmeni ze swoim niesamowitym akcentem, czy bezczelni amerykańscy kowboje zarabiający krocie na produkcji alkoholu i przechodzący się w stetsonach? Ja chyba mam swój typ, a Wy?

Nie jestem jakaś wielką fanką Chaninga Tatuma, ale w roli agenta Statesman wypada świetnie. Podobnie zresztą jak Pedro Pascal i Jeff Bridges.

Jedną z największych zalet filmu są oczywiście efektowne sceny walki. Ot, ja po prostu uwielbiam akrobacje, szalone wymachiwanie lassem (akrobacje+lasso) i zmieniające się tempo akcji, tu przyspieszenie, tu zwolnienie, wszystko w najwyższej jakości, po prostu cudo! Podejrzewam, ze przy odpowiednim montażu nawet obieranie ziemniaków mogłoby być fascynujące.



Trochę raziła mnie natomiast kwestia narkotyków w filmie. Poppy zaraziła miliony ludzi wirusem, ale narkotyki to przecież nie chleb, każdy powinien mieć świadomość, że ich zażywanie to ryzyko. Tymczasem prezydent zostaje aresztowany za to, że nie chciał ich ratować, a jego następczynią zostaje jedna z zarażonych, która nie jest w stanie "pracować 20 h dziennie bez dopalaczy". Jak dla mnie to trochę słaby przykład dla młodzieży, która na ten film się wybierze. Serio? Bierzesz narkotyki, zarażasz się jakimś śmieciowym wirusem, szef nie chce poświęcać kraju, aby cię ratować i ostatecznie okazuje się, że to właśnie on jest tym złym. Bo w narkotykach nie ma nic złego. W zasadzie to może nawet trzeba było sie zgodzić na warunki Poppy, zawsze to wysokie wpływy z podatków...

Poza tym, miałam lekkie zastrzeżenia do poziomu żartu w niektórych momentach. Bywało niesmacznie. Szczególnie, gdy Poppy uruchomiła swoją fancy maszynke do mięsa. W filmie pada zdanie "Maniery czynią mężczyznę". Byłoby miło, gdyby scenarzysta też się tego trzymał, bo żarty na poziomie najgorszego amerykańskiego szmelcu nie przystają w produkcji z taką obsadą.

Zastanawia mnie cały czas, kto jest tak naprawdę zwierzchnikiem Kingsmanów. W zasadzie chyba nikt, postępują według własnego sumienia / egoistycznych pobudek i może dojść do sytuacji, że zginie ktoś, kto nie jest zły, a jedynie ma inne poglądy.

Jeśli jednak nie bedziecie za bardzo analizować, podejdziecie do Kingsman z dobrym nastawieniem i macie wysoki poziom tolerancji na obrzydliwości, to zapewniam Was, że wyjdziecie z filmu zadowoleni z wielkim uśmiechem na twarzy, podobnie jak ja.

Beret przed wizytą w kinie


PS. Wiecie, że Statesman maja pseudonimy od alkoholi? Już ich za to lubię :P
PS2. Dla mojego berecika kultura jest niczym tanie podniety, więc może jeszcze coś ogarnę this week, czekajcie na recenzję żabunie <3


Wasza właścicielka szalenie kulturalnego bereciku M.

Angielscy dżentelmeni, kowbojskie whiskey i tradycyjne ratowanie świata w nowym Kingsman

sobota, września 23, 2017

kobiety, współczesna kobieta, felieton, kobiecość

Bywa niekiedy, że na tym niesprawiedliwym i okrutnym świecie, zamiast silnego, statecznego i może nawet małomównego chłopca, rodzi się dziewczynka. Słodka istotka sobie rośnie, rośnie, aż z poczwarki zamienia się w motyla (złośliwi powiedzieliby w chimerę) - emanującą urodą i wdziękiem kobietę. Kobietom nigdy nie bywa łatwo, obdarzone naturalnym syndromem gadulstwa, z uwielbieniem do psychoanalizy, mnóstwem emocji oraz PMSem każdego dnia muszą stawiać czoło okrutnemu światu. Kiedyś, gdy jeszcze liczył się intelekt - kobiety miały łatwiej, a nieee, przecież intelekt nie liczył się nigdy. Niemniej pozostańmy przy tezie, że współczesne kobiety mają trudniej niż ich przodkinie - wina Internetu i Instagrama.

Byłam niedawno w teatrze, wiadomo, rozrywka na poziomie, warto więc zaryzykować. O czym była ta rozrywka? Otóż był to monolog. Monolog współczesnej kobiety.
Sztuka w życiu człowieka ma światły cel - skłaniać do refleksji. Tak wiec i mnie przydarzyła się owa refleksja, nie było wyjścia i rozmyślałam sobie jaki to cel może przyświecać współczesnej kobiecie.
Z moich rozmyślań wysnułam wniosek, że wbrew obiegowej opinii współczesna kobieta wcale skomplikowana nie jest, a życiowych celi ma zaledwie kilka. Oto i one:
  1. Znalezienie małżonka
  2. Kariera zawodowa
  3. Schudnięcie
Powyższe cele wcale nie muszą być realizowane we wskazanej kolejności. Co więcej, niektóre cele powracają niczym bumerang na kolejnych etapach życia kobiety. 
Dodatkowo, każdemu z głównych celów mogą towarzyszyć cele podrzędne, tzw. podcele. Przykładowo jędrne pośladki mogą być celem podrzędnym dla schudnięcia, a mały bobas bywa celem podrzędnym przy małżeństwie. Co ciekawe, niektóre działania kobiet mogą służyć jednocześnie dwóm celom, nie ma co, sprytne z nas bestie. Przykład? A choćby edukacja. Daje szansę na rozwój kariery, ale też często skutkuje znalezieniem małżonka. Tadam! 

A teraz zastanówmy się nad celami głównymi, nie macie wrażenia, że każda z nas je realizuje? Niektóre zaczynają od znalezienia małżonka, następnie powiększenia rodziny, kolejnym naturalnym etapem jest faza poporodowego chudnięcia, w międzyczasie dziecko trochę podrośnie, może pojawi się kolejne, które ostatecznie też kiedyś podrośnie i przechodzimy na kolejny etap - kariera zawodowa, w pewnym momencie trzeba jednak wydrukować to CV i poszukać jakiegoś płatnego zajęcia. 

Oczywiście realizacja celów może też przebiegać w innej kolejności. Niektórzy po fazie edukacji decydują się na ślub, wtedy często pojawia się wtedy etap chudnięcia. Po ślubie można postarać się o jakiś przychówek, następnie znowu etap chudnięcia i kariera zawodowa. Lub odpocząć na chwilę od odchudzania i zająć się karierą, przychówek może się pojawić trochę później, a za nim ponownie konieczność diety. 

Cel chudniecie jest ogólnie bardzo uniwersalny, dobrze łączy się z etapem przedślubnym, ale bywa też konieczny przy okazji szukania współmałżonka. Jeśli jakaś pani zdecyduje się na bardziej szaloną karierę niż sprzedawca w sklepie czy urzędnik cel chudniecie / ładna sylwetka pomaga też w odstresowaniu. 

Ogólnie wiemy wieęc, że cel chudniecie jest jednym z najważniejszych, a na palcach jednej ręki można policzyć panie, które go nie realizują, dla wielu jest celem permanentnym. Część zresztą próbowała, ale się poddała, ale heloł, przecież nie wszyscy muszą zrealizować wszystkie cele! 

Poszukiwanie partnera oraz kariera również mogą być powtarzalne. Takie mamy czasy, że rozwody są coraz popularniejsze, a zamiast płaczu w poduszkę urządza się wtedy imprezę i zaczyna kolejne poszukiwania. Przerwy w karierze też się zdarzają, chociażby spowodowane koniecznością ogarnięcia wspomnianego przychówka.

Niestety, w przeciwieństwie do mężczyzny kobieta nie jest ideałem i oprócz pragmatycznych celów towarzyszą jej też żądze. Wiadomo, z żądzą nie wygrasz. A jakie słowa na pewno padną z ust kobiety owładniętej "Nie mam się w co ubrać!" Tutaj ponownie wielkim wrogiem kobiety jest internet z zakupami online przez całą dobę i darmową dostawą. Designerskie ciuchy na Zalando, miliardy tanioszki na Ali? Proszę Was, nie ma mocnych, aby z tym walczyć, każda z nas jest z góry przegrana :(

A namiętności, otóż zdaje się, że każda kobieta marzy o wielkiej i namiętnej miłości, niczym z kart Harlequina, telenoweli czy innego "Wspaniałego Stulecie". A jeśli książę na białym koniu jeszcze się nie pojawił, zawsze można przełożyć namiętność na telewizję publiczną i śledzić losy Esmeraldy i Juana :D   

Tak więc pozostaje nam jedynie pogodzić się z nieuniknionym i powoli realizować swoje cele od czasu do czasu pozwalając, aby ogarnęła nas żądza ;)

Jeśli zastanawia Was jaka sztuka wzbudziła takie przemyślenia - był to spektakl "Mój Dzikus" w warszawskim Teatrze Kamienica. Jeśli chcecie spędzić przyjemnie czas, to polecam. nie liczcie jednak na monolog współczesnej kobiety, przynajmniej jeśli jesteście dwudziestoparolatką, sztuka powstała kilkanaście lat temu i takowe realia prezentuje. Nie wpływa to jednak na poziom dobrej zabawy podczas spektaklu. A teraz mały cytacik, panowie nie złośćcie się <3 Wszystko ewoluuje, ale mężczyźni najwolniej <3

PS. To chyba pierwszy taki "felieton" na blogu, dajcie znać, czy się podoba!

Wasza felietonistka M. 

Żądze, namiętności i pragmatyzm, czyli jaka jest współczesna kobieta?

czwartek, września 14, 2017

trening, siłownia, sport

Skończyłam właśnie cała tabliczkę czekolady. Poprzedziłam ją michą smażonych frytek. I aż wstyd się przyznać, ale zdaje się, że właśnie po raz kolejny upadła moja idea zdrowego życia. Cóż, nie umiem być fit 😭😭😭
Przeczytałam już mnóstwo książek i blogów dotyczących zdrowego i rozsądnego odżywiania. Moje półki w kuchni uginają się od zdrowego jedzenia, a największe emocje w ostatnim czasie wzbudził we mnie cukier kokosowy. oczywiście go nie kupiłam, chcę być fit, więc nie kupuję cukru. czarnej herbaty też nie, bo nie umiałam pić jej bez cukru i super słodkiego soku. Takie więc jest moje życie, tylko woda i ziółka każdego dnia. 

Miałam też postanowienie, codziennie ćwiczę. Baa ja przypadkiem mam nawet kartę członkowską do jednej z bardziej fancy siłowni w naszej pięknej stolicy. Zapisałam się do grupy wsparcia dla ćwiczących na Fb. kupiłam centymetr, przecież mierzymy centymetry, a nie kilogramy. Potem wydrukowałam piękny plan treningów na cały miesiąc. A potem, jakoś w zeszłym tygodniu, wszytko się zawaliło. Nie mam ochoty na ćwiczenia i nie ćwiczę. nie mam ochoty na zdrowe jedzenie i żyję na mrożonkach i zupkach chińskich. Nie mam w sobie żadnego zaparcia i chęci pozbycia się nadprogramowych kilogramów. Jest tylko jedno wielkie LENISTWO. 🍕🌭🍔🍟

Trochę to smutek, bo Wiecie, to już chyba moje miliardowe podejście, a zamiast ważyć coraz mniej, ważę coraz więcej :( 
W dodatku niezdrowe jedzenie wpędza mnie w poczucie winy. Słowem: błędne koło. 

Jak sobie poradzić z taka sytuacją?
Podejrzewam, że trzeba dać sobie trochę czasu. Odpocząć. Odciąć się. A potem spróbować znowu. I tak do skutku, kiedyś przecież musi się udać :)

A oto mądrość Bridget Jones na dziś: 
 Badania dowiodły, że szczęścia nie daje miłość, bogactwo czy władza, tylko dążenie do nieosiągalnych celów. A czym innym jest dieta, jeśli nie tym?

Ja przestanę wyrzucać sobie te sporo grzeszki, kupię kolejną książkę, akurat Deynn i Majewski coś wypuścili i spróbuję ponownie, bo póki walczę, mam ciągle szansę, Bridget Jones też w końcu schudła. A wy jak postąpicie?

Wasza wzbogacona jakimiś 2000 tysiącami kalorii M.

PS. Z tymi kaloriami mam szansę być dobrą zakąską dla owczarka alzackiego.

Nie umiem być fit

środa, września 13, 2017

unicorn latte, cream soda hair, marynarka w angielską kratę

Marynarka w kratę 👚👚

Mamy już niemal połowę września, nadchodzi nowa pora roku i co tu mówić dużo, dzieję  się! Co mnie zainspirowało w ostatnim czasie? Przed Wami moje must have września!

Na Instagramie króluje Fashion Week, a elementem garderoby, bez którego nie wyobrażam sobie tegorocznej jesieni jest marynarka w brytyjską kratę. Znajdziecie takową w ofercie chyba każdej sieciówki. Nie ma żadnego problemu z zestawieniem tego elementu garderoby; jeansy, czarna koszulka czy jeansy i jest gotowy look #szafiarka

Luźna marynarka w kratę to wybór doskonały i polecam każdej z Was na ten sezon :):)

1 - Sinsey 2- Mohito 3-House 4-Reserved

Cream Soda 💇💇

Słyszeliście już o najnowszym hicie z Instagrama? Fryzury w kolorze Cream soda królują wśród instagramowiczek i podbijają serca kolejnych dziewczyn - w tym moje <3

Wam pokazuję piękne przykłady, a sama odliczam dni do wizyty u fryzjera <<3

Post udostępniony przez Sunnie Brook (@sunniebrook)


Unicorn Latte 🦄🦄

Jak rozproszyć smutki jesieni? A może z kolorowym unicorn latte?

Potrzebne skąłdniki to m.in. mleko kokosowe, kurkuma, imbir czy chlorella. Ja planuję przygotować swoją wersję ze spiruliną, jestem ciekawa efektu :) Próbowaliście?





A na koniec troszeczkę lata w troszeczkę starawej piosence ;)



A jakie są Wasze must have na nadchodzącą jesień? Dajcie znać!🦄🦄

Wasz poszukiwaczka trendów - M. :*

Włosy jak napój i kawa z jednorożca w bardzo poważnych inspiracjach miesiąca

poniedziałek, września 11, 2017

podróże, góry, polska

Wakacje, wakacje, wakacje i po wakacjach.
Czerwiec, lipiec i sierpień zleciały nie wiadomo kiedy!

Ja nie zdążyłam nawet wybrać się na dłuższy urlop :( Musiał mi wystarczyć jeden wolny dzień. Na szczęście wzięłam wolne w dosyć strategicznym momencie i jeden dzień zamienił się w długi weekend. Co można robić w taki długi weekend? A na przykład pojechać w góry. Najlepiej takie, których jeszcze się nie miało okazji odwiedzić :)
I idąc tą ścieżką 11 sierpnia albo już 12 (mogło być po północy) dotarłam do Karpacza. A skoro Karpacz leży tak blisko Czech, to przy okazji zwiedziłam również Pragę. najzabawniejszy fakt, w Warszawie 11 sierpnia był mega upał, około 30 stopni i ogólnie siekiera. natomiast w Karpaczu było tego samego dnia zaledwie około 20 stopni. W mojej lekkie sukience na ramiączka przeżyłam prawdziwy szok termiczny :P mały szok na udany początek urlopiku nigdy nie zaszkodzi :)

Jakie są moje wrażenia po wizycie w Karpaczu i Karkonoszach:

  1. Zacznę od tego, ze wypad naprawdę mi się podobał!
  2. Mam słabą kondycję
  3. Strasznie tam tłumnie
  4. To chyba nie są góry dla mnie

Przewrotnie zacznę od końca. Dlaczego Karkonosze nie są górami dla mnie? Niestety, są dla mnie za niskie :( W górach uwielbiam wielkie przestrzenie, skały i duże wysokości. Nie lubię kiedy góry mają głownie zieleń i drzewka, wolę już te wyższe strefy :) Karkonosze były bardzo przyjemne, ale jednak zdaje się, że moje serce na zawsze skradły już Tatry :)

Jako mieszkaniec naszej pięknej stolicy miałam dość naiwne marzenie, że chociaż w trakcie urlopu odpocznę od tych wszechobecnych tłumów z którymi muszę sobie radzić każdego dnia. Niestety, tym razem się nie udało. W Karpaczu i w drodze na Śnieżkę również, jest równie tłoczno jak o poranku w warszawskim metrze. Jeśli liczycie na ciszę i spokój to moi Drodzy, niestety nie tam.

Jednocześnie wejście na Śnieżkę otworzyło mi oczy ana jeszcze jedną kwestię, zdaje się, że mam fatalną kondycje! Na nic się zdały regularne wizyty na siłowni, kiedy przyszło mi zmierzyć się ze skalną ścieżką. Gdyby nie przerwa w schronisku i regenerujące frytki z herbatką chyba bym nie podołała temu wyzwaniu. Pomocne były też baardzo liczne przystanki po trasie. Rada dla wszystkich wybierających się na Śnieżkę: sprawdźcie co oznaczają poszczególne szlaki i nie wybierajcie na podstawie koloru, bo niechcący traficie na ten najtrudniejszy ;P

A jaką ścieżkę wybrać na powrót? Polecam zjechać wyciągiem! Początkowo się wahałam, bo jednak chodzić lubię i nie chciałam iść na łatwiznę, widoki były zachwycające! 

A co mi się podobało podczas pobytu w Karpaczu i mega polecam też Wam?


Na pewno tor saneczkarski ;) Oczywiście, jak to ja - największy tchórz świata - przed zjazdem prawie dostałam zawału :p Mój pierwszy zjazd to też żadne szaleństwo, jechałam jak jakaś emerycik - baardzo powoli. Potem jednak złapałam wiatr w żagle i było suuuper! Chętnie to powtórzę :):)

Gdzie jeść podczas pobytu?


Podczas tego krótkiego pobytu udało mi się odwiedzić dwie świetne restauracje. Obie są polecane w Trip Advisor i ja też Wam je polecam :)

Wiszące Tarasy to miejscówka z Top 3 poleceń. Słusznie. Największą zaletą restauracji jest taras z niesamowitym widokiem na karkonoskie szczyty. Jedzenie jest bardzo smaczne, a porcje ogromne (oczywiście nie byłam w stanie zjeść całej swojej porcji). Do posiłku polecam Wam zamówić sobie miód pitny, jest bardzo dobry, ja nie zamówiłam własnego i żałowałam :) Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym poszła do restauracji i nie miała żadnej przygody, zgadnijcie kto tak żywo gestykulował podczas rozmowy, że wywrócił szklankę i rozlał sok? Taaak, zgadliście. A do tego jak zwykle z moim pechem, usiadłam na krześle na którym poduszka była od spodu zamokła, radzę Wam w razie czego sprawdzać takie rzeczy, bo pod koniec posiłku nie za bardzo wiedziałam jak się pozbyć tej poduszki, a zaczynałam odczuwać, że z moim siedzeniem jest coś nie tak i miałam wielką obawę, że wstanę od stołu z wielką plamą w wiadomym miejscu :):)

Druga restauracja nie jest tak wysoko oceniana, ale tak bardzo przypadła nam do gustu, że jedliśmy w niej dwa dni pod rząd (a pobyt w Karpaczu to było jedynie 3 dni!). Mowa o restauracji Niebo w Gębie. Ja byłam nawet na tyle szalona, że przez dwa dni jadłam te same naleśniki z szynką i szpinakiem zapiekane w serze - dosłownie mnie urzekły. Kolejna restauracja z bardzo dużymi porcjami, starałam się zmieścić wszystkie naleśniki, ale nie podołałam temu zadaniu, nie jest to, aż tak dziwne, gdyż  żadnemu panu z mojego towarzystwa też nie powiodło się wykonanie tego zadania :)
Restauracja zapewnia szalony wybór naleśników, na słodko, na słono, czego dusza zapragnie - jeśli więc będziecie w Karpaczu - spróbujcie koniecznie. Na koniec posiłku czeka Was jeszcze miła niespodzianka - domowa karmelówka :) Również polecam!

A gdzie spać podczas pobytu? Cóż, polecam Wam apartamenty Sun&Snow. Nie było możne idealnie, ale bardzo fajnie. Zaletą jest przede wszystkim atrakcyjna cena. Apartament, który wynajmowaliśmy był nowoczesny, przestronny i ładnie urządzony. Strefa jadalniana, kuchnia z wszystkimi potrzebnymi sprzętami (piekarnik, zmywarka) Niestety, mieliśmy lekki problem z ciepłą wodą. Boiler szybko się wyłączał i kilkakrotnie zaliczyłam lodowatą kąpiel. A wszystkie dziewczyny wiedzą, że mycie włosów w lodowatej wodzie to największy koszmar ever. Potem okazało się, że boiler+grzejniki i woda natychmiast się grzeje, ale, że to grzejniki to pozostałe pomieszczenia też :P Ogólnie podejrzewam, że ten problemik można było jakoś rozwiązać, ale za mało się tym przejmowaliśmy. Sun&Snow bardzo mi się spodobało i chętnie jeszcze skorzystam z ich usług :)

Byliście kiedyś w Karpaczu? Jak Wam się podobało? Dajce znać!

Ściskam i całuję,

Wasz zaciekawiony podróżnik M.

Zimno, trudno i do domu daleko, czyli fajny wypad do Karpacza