piątek, sierpnia 19, 2016

 
Dzisiaj Dzień Fotografii. Współczesna fotografia znaczeni różni się od tej sprzed kilkudziesięciu lat. Nikogo nie dziwi uśmiechnięta modelka i odsłonięta kobieca pierś. Nie zawsze tak było! Przedstawiam wam dzisiaj trzech wizjonerów, którzy zrewolucjonizowali fotografię mody! Wszyscy publikowali swoje zdjęcia w najznamienitszych magazynach o modzie i wszyscy mieli ogromny wpływ na współczesną wizję piękną! Oto trzy legendarne postaci fotografii mody!

Richard Avedon

Nigdy nie chciałem być nazywany artystą, pragnąłem, aby nazywano mnie fotografem.

Zmarł w trakcie sesji dla New Yorker. Po jego śmierci New York Times stwierdziło, że fotograf pomógł zdefiniować amerykańską wizję stylu, piękna i kultury ostatniego półwiecza.
Fotografią zainteresował się już w wieku 12 lat. Oficjalnie, karierę rozpoczął w 1944 roku, a już w 1946 rozpoczął współpracę z Harper's Bazaar, Vogue i Life.
Avedon stworzył nową wizję fotografii. Odrzucił sztywne, wystudiowane pozy i pozwolił modelkom na ruch i uśmiech. W swojej twórczości pragnął pokazać emocje. Emocje, autentyczność i spontaniczność.
Jego wielką muzą była Audrey Hepburn. Avedon jest autorem jej najpopularniejszego wizerunku. Inne znane prace fotografa to zdjęcie Dovimy ze słoniami czy kampania reklamowa Calvina Kleina z młodziutką Brooke Shields.
Twiggy w obiektywie Richarda.
Twiggy by Richard Avedon, Vogue UK, 1968. Świetny portret! 
Fotografia Richard Avedon.
Dovima with Elephants, evening dress by Dior, Cirque d?hiver, Paris, August 1955 © The richard avedon foundation
Widzicie ten dynamizm? Nic dziwnego, że fotografia uzyskała miano kultowej.

Helmut Newton

Jako fotograf powinienem uwodzić, odwracać uwagę i zabawiać.

Największy skandalista w świecie fotografii mody ostatniego wieku. Jego zdjęcia były pełne prowokacji i erotycznych podtekstów, często wykorzystywał elementy sadomasochistyczne. Wielki propagator rewolucji seksualnej. Pierwszy przedstawił kobietę jako obiekt seksualny.
Urodzony w Berlinie, swoje zainteresowanie modą, podobnie jak Avedon, dostrzegł w wieku lat 12. Pracę jako fotograf rozpoczął w 1936 roku. W 1938 roku opuścił Niemcy, udając się do Singapuru, a następnie do Australii. W 1946 założył własne studio w Melbourne. Jego pierwsze publikacje dla Vogue to rok 1956.

David Lynch and Isabella Rossellini by Helmut Newton, 1988. Magnetyzm.

Trochę erotycznie, trochę niejednoznacznie, bo w bardzo codziennej sytuacji. Rewolucja seksualna.

Man Ray

Fotografuję rzeczy, których nie chciałbym namalować, rzeczy, które już istnieją.

Niespełniony malarz, który stał się mistrzem fotografii.
Pragnął zostać malarzem. Niestety, okazało się, że malarzem raczej średnim. Był przedstawicielem nurtu dadaizmu. I właśnie przeniesienie swobody i dowolności artystycznej do świata fotografii zapewniło mu miejsce wśród ikon gatunku
Pochodzący ze Stanów, większość życia spędził w Paryżu, tam też odnosił największe sukcesy. Jego największa muza i jednocześnie kochanką była Kiki de Montparnasse, ówczesna celebrytka, znana z bycia znaną.

W czasach, kiedy fotografia była luksusem, na zdjęciu należało prezentować się doskonale. Zawsze najlepszy strój, zawsze najpiękniejszy strój. Fotografia łez to prawdziwa awangarda i ewidentny bunt artystyczny.
Taka fotografia w latach 20? Istny skandal. Jesteśmy niemal sto lat później, a ja boję się zbanowania za samo udostępnienie! Odważnie!

Jak widać, fotografia mody to bardzo ciekawa i fascynująca dziedzina. A wam jak podobały się przedstawione fotografie. Zgadzacie się, że zasłużyły na miano kultowych?

Spontanicznośc, dadaizm i rewolucja seksulana, czyli o legendarnych fotografach na Dzień Fotografii.

piątek, maja 06, 2016

dwudziestolatek, miasto, wielkie miasto, z miasta na wies, studia w miescie, studia w warszawie, jak studia zmieniaja człowieka, studiowanie w stolicy, studiowanie w warszawie, zaduch, marta szarejko
Przeczytałam niedawno książkę Marty Szarejko Zaduch. Jest to zbiór rozmów / reportaży z osobami, które zdecydowały się wyjechać z małych miejscowości i zamieszkać w stolicy. Sama przeszłam taką drogę. Stwierdziłam, że tematyka jest interesująca i dzisiaj opowiem Wam moją historię. Byłabym niezmiernie szczęśliwa, gdyby znalazły się inne osoby chcące przedstawić własne doświadczenia.

Zaduch to historia trzydziestolatków. Może to jedynie szczegół, ale wydaje mi się ważny.

Wychowałam się na lubelskiej wsi. Od dziecka lubiłam czytać książki. Nie była to zresztą zbytnio ambitna lektura. Głównie powieści przygodowe, fantastyka albo romanse. Nadal są to moje ulubione gatunki. Oczywiście w międzyczasie sięgnęłam po ambitniejszą lekturę, ale głębokie historie wywołują u mnie niemal stany depresyjne.

Tak więc lubiłam czytać. Lubię czytać. Na czytaniu spędzałam większość czasu, potrafiłam spędzić w książkach całe dnie. Podejrzewam, że to właśnie one są odpowiedzialne za moją dużą wadę wzroku (zdrajczynie).

Od dziecka wpajano mi też etos pracy. Nie, nie pracy fizycznej. W 2000 dostałam taki śmieszny pamiętniczek dla dzieci, z Tarzanem, do tej pory pamiętam wierszyk Dziadka: Ucz się i pracuj, a dojdziesz do celu, bo takim sposobem doszło już wielu. Tak naprawdę od niedawna rozumiem sens tych słów.

A praca fizyczna? Nie można mieszkać na wsi i jej nie doświadczyć. Nie wiem, czy nie zabrzmi to okrutnie, ale chciałabym, żeby moje dzieci też rozumiały, jak to jest pracować fizycznie. W jednej z wypowiedzi w książce ktoś napisał, że dzieci ze wsi nigdy nie wyjeżdżają na wakacje, w innej, ktoś wypowiedział się, że jego matka nie potrafi odpoczywać, nie potrafi siedzieć bezczynnie. Nigdy nie byłam na wakacjach z rodzicami. Wyjeżdżałam kilkakrotnie do rodziny czy na kolonie, ale nie z rodzicami. Rodzinnie mogliśmy pojechać na jednodniowe zwiedzanie. Zauważyłam też, że nie potrafię się nudzić. Mogę spędzić cały dzień, oglądając seriale, ale nie wytrzymam nerwowo bezczynnego leżenia i popijania soczku. Jednak w kwestii prac fizycznych, okazuje się zawsze, że jestem słabym ogniwem, bardzo powolnym, któremu trzeba pomagać. Więc z pracą fizyczną średnio.

Lubiłam za to naukę. Chętnie przeglądałam Encyklopedię i Słownik wyrazów obcych i obcojęzycznych Kopalińskiego (uwielbiam ten słownik). Takie czytanie o pierdołach zostało mi do tej pory, drażę szczegóły. Zmieniło się jedynie medium, teraz mam Wikipedię.

Pod koniec gimnazjum nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Myślałam nad liceum w najbliższej okolicy. Egzamin poszedł mi całkiem dobrze, więc dostałam miejsce z marszu podczas składania papierów. Mogłam tam chodzić. Rodzice uważali jednak, że powinnam celować wyżej. Mama popytała znajomych i znalazła katolickie liceum w Lublinie (nie mieliśmy wtedy Internetu). Z internatem. Dobre warunki mieszkaniowe, bardzo dobre liceum. Tam też się dostałam. Idąc do liceum, nie miałam obaw, że mnie nie przyjmą. Nawet się nad tym nie zastanawiałam, teraz czasem myślę o tym, że jednak nie wszystkim się udało. Pierwsze dni w nowym mieście to był szok. Samodzielne podróże. Mnóstwo nowych ludzi. Pamiętam, jak pierwszego dnia poszłam z koleżanką na Krakowskie Przedmieście. Byłam zdziwiona jak dużo tam ludzi. Pomyślałam, przecież to studenckie miasto, stąd te tłumy młodych ludzi. Tylko, moi drodzy, to był 31 sierpnia.

Po trzech latach mat-fizu wybierałam się na studia w Lublinie. Zastanawiałam się nad Kulturoznawstwem na UMCS. Rodzice byli bardzo przeciwni. Doradzali studia techniczne. Może Politechnikę? Kilka osób zadeklarowało chęć zmiany miasta. Ostatecznie razem z koleżanką w ławki wylądowałyśmy na uczelni w Warszawie. Był rok 2011.

Warszawa była większa od Lublina, a jednak mnie nie przytłoczyła. Wiadomo, początkowo zdarzało mi się zabłądzić ( w zasadzie zdarza się zawsze i wszędzie, fatalna orientacja). Pamiętam jeden z pierwszych dni, ktoś w akademiku powiedział mi, że jeśli skręcę przy Statoilu w lewo i pójdę prosto, to trafię do biedronki. Nie wiedziałam jedynie, że obok kampusu są dwa Statoile. Takich przygód było wiele.

Jednak to były piękne czasy. Nie wiem, czy Warszawa była wtedy inna, czy ja patrzyłam na nią przez pryzmat nowości i młodego wieku. Poznawałam to miasto. Wszystko było nowe, świeże, zupełnie nieznane. Jak w filmie, poznajemy bohaterów, są przejrzyści, a potem wszystko się komplikuje.

Wiem, że lata tutaj mnie zmieniły. Najgorsze, że zaczynając studia, wiedziałam, jakie mam cele i czego oczekuję. Teraz już nie wiem. Zamierzałam spędzić kilak lat w Warszawie, a potem wrócić na wieś, ale kiedy ostatnio mama wspomniała o kupnie tutaj mieszkania, pomyślałam, że to wcale nie taki zły pomysł.
Pamiętam też historie kolegi, ma dosyć nietuzinkowy sposób ubierania i stwierdził, że dopiero w Warszawie może być na prawdę sobą, bo w jego miejscowości nikt nie akceptował jego stylu. Duże miasto daje wolność.

Wróćmy do Warszawy. Bo Warszawa się zmieniła. Zresztą nie tylko ona. Historie opisane w Zaduchu nie są już aktualne. Znaczy, są aktualne dla trzydziestolatków. Jednak minęło niecałe dziesięć lat i cały kraj się zmienił. Dzieci na wsi mają teraz takie same rozrywki jak ich rówieśnicy w miastach, mają takie same możliwości i takie same smartfony. Też wyjeżdżają na rodzinne wakacje.

Warszawa ewoluowała, a mnie wydaje się, że żyje w pośrednim pokoleniu. Jesteśmy jeszcze na tyle młodzi, żeby zaadaptować się do zachodzących zmian, ale nie jest to świat, który sami stworzyliśmy. Byliśmy faza przejściową, końcem „la bell epoque” (przy czym to nie była piękna epoka, a po prostu inna epoka). Osoby, które przybędą wkrótce do stolicy, nie będą się różniły od swoich rówieśników. Ani w Polsce, ani za granicą.

Czego nie lubię w Warszawie? Tego, że Warszawa nie lubi mnie. Nie lubi przyjezdnych. Słyszeliście określenie Słoik. Pewnie, że tak. Wiecie, że nie jest pozytywne. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej w aspekcie popularnego programu stacji Polsat. Nie oglądałam więcej niż kilku odcinków, ale wydaje mi się trochę zakłamany. W każdym razie, słoiki nie cieszą się tutaj zbytnią popularnością. Trochę słabo, ze w naszym kraju nie lubi się nie tylko uchodźców, ale nawet rodaków z innych miast. Na szczęście nie wszystkich trzeba mierzyć ta samą miarą. Dlatego, nawet jeśli jakiś dres chcący popisać się przed swoja plastikową solarą, pogardliwie nazwie was na ulicy „słoikiem”, nie powinniście się przejmować, jest to przecież namiastka starego polskiego wieśniactwa, którego na wsi już raczej nie spotkacie.

Za co lubię stolicę? Możliwości. Nie tylko zawodowe. Przede wszystkim szerokie możliwości obcowania ze sztuką. Tylko w Warszawie znalazłam tyle fajnych teatrów i darmowych przedstawień.

Jak widzicie, gdyby to zależało ode mnie, nigdy nie opuściłabym mojej wsi. Dlatego jestem bardzo wdzięczna moim rodzicom. Widzieli we mnie więcej niż ja sama. I tylko dzięki nim mogę być naprawdę sobą.

Prosto z Warszawy,

Wasza M.

Przy okazji, tekst to element cyklu Dwudziestolatek w wielkim mieście. Jeśli również macie ochotę opowiedzieć o własnych przeżyciach, dajcie znać na adres nicnapowaznie@gmail.com. Czekam na Was!

Dwudziestolatek w wielkim mieście, czyli o życiu w Warszawie

piątek, kwietnia 22, 2016

nic na powaznie, dzien ziemi

22 kwietnia to Międzynarodowy Dzień Matki Ziemi. Jego geneza wiąże się z protestami przeciwko wojnie w Wietnamie oraz nadzieja na życie w pokoju i harmonią z naturą. Pierwszy dzień ziemi to rok 1970. Czasy, gdy nikt nie przejmował się gigantycznymi emisjami zanieczyszczeń z fabryk, wyciekami ropy naftowej do oceanu czy ogromnym zużyciem paliw w transporcie. Na szczęście spojrzenia na naszą planetę zaczęło się zmieniać, a przełom miał miejsce w 1992 roku. Rok 1992 to Szczyt Ziemi w Rio de Janeiro, ustalenia konferencji uzupełnione o Protokół z Kioto (1997) stały się legislacyjną podstawą polityki środowiskowej.

Międzynarodowy Dzień Ziemi ma nas skłonić do refleksji nad stanem naszej planety. Rokrocznie wiele osób obawia się, nadmiernej komercjalizacji tego święta. Słusznie. Dzień Ziemi miał być pretekstem do działań politycznych. I przez wiele lat był, wywołując reakcję wielu milionów ludzi. Obecnie jest pretekstem do zorganizowania festynu, którego obsługa to zbędne zużycie energii.

Byłam dzisiaj na takim festynie. Pytałam odwiedzających czy wiedzą co jest hasłem tegorocznych obchodów Dnia Ziemi. Oczywiście nikt nie miał pojęcia. Dlatego tak ważne staje się zasadzenie otrzymanego na festynie drzewa. Niech każdy dołoży, chociaż małą cegiełkę, nawet nie zdając sobie do końca sprawy po co.

Zatem co jest hasłem tegorocznego Dnia Ziemi? Niska Emisja! Niska emisja, czyli emisja zanieczyszczeń z emiterów o wysokości do 40 m (z naszych kominów). Zasilanie kotłów niedozwolonymi paliwami (czytaj śmieci) to niejednokrotnie przyczyna znacznego obniżenia jakości powietrza oraz problemów zdrowotnych.

Dzień Ziemi to okazja do dyskusji na temat możliwości energooszczędnego budownictwa, zwiększania efektowności energetycznej, ewolucji energetyki w kierunkach bardziej proekologicznych źródeł oraz możliwości ograniczenia zużycia paliw w transporcie. W każdej z tych dziedzin funkcjonują ekologiczne rozwiązania, które warto promować. My jednak zajmiemy się dzisiaj prostszymi rozwiązaniami, które pozwalają oszczędzać energię.

Czysty transport

Transport jest odpowiedzialny za ogromne emisje dwutlenku węgla, tlenków azotu, dwutlenku siarki, dioksyn, pyłów, benzenu czy węglowodorów aromatycznych. Jak ograniczyć emisje?

Paliwa alternatywne

Paliwa alternatywne to przede wszystkim biopaliwa. Wyróżniamy biopaliwa pierwszej i drugiej generacji. Pierwsza generacja to biogaz czy biodiesel powstające w procesach estryfikacji, czy fermentacji metanowej i jest dużo mniej efektywna niż kolejna formacja. Biopaliwa drugiej generacji wykorzystują przede wszystkim ligocelulozy z roślin niskokonsumpcyjnych czy odpadów. Metody produkcji są tutaj bardziej skomplikowane, gdyż wykorzystuje się hydrolizę, zgazowanie czy fermentację enzymatyczną. Zaletą takich biopaliw jest przede wszystkim dużo mniejsza emisja zanieczyszczeń oraz wyższa efektywność energetyczna. W przyszłości planuje się również wykorzystywanie biopaliw trzeciej generacji produkowanych z biomasy zmodyfikowanej na etapie uprawy.
Paliwem alternatywnym jest też wodór. Wodór jest jednak dosyć problematycznym paliwem? Dlaczego? Przechowuje się go w zbiornikach, co znacznie zwiększa masę auta. Dodatkowo eksplozja wodoru może być bardzo niebezpieczna.

Carpooling

Coraz popularniejsza metoda dojazdu do pracy. Zamiast samotnej podróży można zabrać znajomych, obniżyć koszty i przyczynić się do redukcji zanieczyszczeń!

Napęd hybrydowy albo elektryczny

Coraz więcej aut wykorzystuje hybrydowe systemy napędowe z silnikiem elektrycznym i spalinowym. Powstaje też wiele aut jedynie z silnikami elektrycznymi. O samochodach elektrycznych możecie poczytać tutaj

Zamień auto na rower

Przesiadka na rower to nie tylko zysk dla środowiska, ale tez dla naszego zdrowia. Rower to brak konieczności marnowania czasu w korkach, łatwe parkowanie i świetna kondycja.

nic na poważnie, dzien ziemi

Dom

Oszczędzanie wody

Według ONZ do 2030 roku zapotrzebowanie na wodę wzrośnie o 30%. W domach większość wody zużywamy na mycie i spłukiwanie toalety.

Armatura

Oszczędzanie wody? W tym przypadku sprawdzą się baterie bezdotykowe (spotykamy je często w obiektach użytku publicznego, pilnują, żeby z kranu zawsze wypływała określona ilość wody), perlatory (sitka napowietrzające strumień wody, wydaje nam się, że cały czas leci jej tyle samo, a to mieszanka) czy baterie termostatyczne (wody wypłynie, dopiero gdy uzyska zadaną temperaturę). W toalecie warto wykorzystać też dwudzielne spłuczki.

Instalacja dualna

Powtórnie wykorzystujemy wodę. Przykładowo, woda z mycia rak może zostać wykorzystana do spłukania toalety.

Wykorzystanie deszczówki

Zgromadzona deszczówka może zostać wykorzystana do prania, sprzątania czy podlewania ogrodu. Nie nadaje się natomiast do spożywania czy kąpieli.

Woda szara

Oprócz deszczówki, możemy też wykorzystywać wodę szarą. Zbieramy wodę zużytą, np. z kąpieli, przepuszczamy przez specjalne filtry i wykorzystujemy, chociażby do umycia samochodu!

Oszczędzanie energii

Wiecie, że piekarnik z termoobiegiem to możliwość obniżenia temperatury o ponad 200C w porównaniu do grzania oddolnego czy odgórnego? Co więcej, niepotrzebne otwieranie drzwi od piekarnika to też strata energii. Warto też wyłączyć piekarnik kilka minut wcześniej, urządzenie utrzyma temperaturę, ale nie będzie już pobierać energii elektrycznej.
Laptop z małym ekranem, jasną tapetą i trybem oszczędzania to prawdziwie ekologiczny majstersztyk. Warto też pamiętać, że zostawiona w gniazdku ładowarka pobiera energię, nawet gdy nie ładujemy urządzeń.

Energetyka

A jak ograniczyć emisje w energetyce? Przede wszystkim, stosując ekologiczne źródła energii. Nie każdy zdaje sobie sprawę, że ekologicznym źródłem energii jest także elektrownia jądrowa, która nie emituje szkodliwych substancji do środowiska. Oprócz tego oczywiście odnawialne źródła energii: wiatraki, fotowoltaika czy energia geotermalna. Są to rozwiązania prosumenckie, możliwe do zastosowania w domach jednorodzinnych.

Sposobów na oszczędzanie energii jest bardzo wiele. Podobnie sposobów troski o naszą planetę. Pod którymi możecie się podpisać?

Wasza (jak zawsze ekologiczna) M.

10 sposobów na ekologię w życiu codziennym z okazji Dnia Ziemi!

środa, kwietnia 20, 2016


Zeszłoroczna premiera pierwszego sezonu Daredevila okazała się wielkim sukcesem i serial zyskał rzeszę wiernych fanów, wśród nich, oczywiście mnie. Dlatego z niecierpliwością czekałam na kolejny sezon. Netflix udostępnił nową część przygód Daredevila 18 marca.

Jaki jest drugi sezon Daredevila? Zdecydowanie niejednoznaczny. Wzbudza wiele skrajnych emocji. Jest brutalny. Nie jest to jednak brutalność na pokaz, jeśli widzieliście jakikolwiek odcinek AHS mogliście się spotkać z ową brutalnością na pokaz. W każdym kolejnym sezonie autorzy serii starają się przerazić nas poprzez obrzydliwość krwawych scen. W AHS im więcej flaków na wierzchu tym lepiej, tymczasem Daredevil to głębsza historia. Nikt tutaj nie chce zszokować widza swoim okrucieństwem. Wszystko ma swój cel.

Jak mawiają, im głębiej w las, tym ciemniej. Podobnie z historią Daredevila. W pierwszym sezonie Matthew Murdock (w tej roli Charlie Cox) rozpoczynał swoją przygodę jako Daredevil. Nie obyło się bez niebezpieczeństw. Jednak osiągnął swój cel, udało mu się wsadzić Wilsona Fiska do więzienia. Początkowo Murdock nie umiał się określić, odwiedzał Kościół, stał przed wielkim dylematem, wydawało mu się, że miasto nie będzie naprawdę wolne, dopóki Kingpin żyje. Ostatecznie, postąpił zgodnie z własnym sumieniem, a Fisk wylądował w więzieniu.

W nowym sezonie pojawia się Punisher. Punisher bez wahania eksterminuje „złych ludzi”. Jego metody są skrajnie brutalne, a jednocześnie Castel nie potrafi patrzeć na krzywdę niewinnych, nawet zwierząt. Bez mrugnięcia okiem wystrzela trzydziestu ludzi, ale nie pozwoli skrzywdzić psa. U podłoża jego zachowania stoi wielka tragedia. Był świadkiem morderstwa najbliższych. Teraz pragnie zemsty.

Postępowanie Punishera jest wyjściem do poważnej dyskusji. Jak powinniśmy postępować ze złymi ludźmi? Rzeczywiście należy ich zabijać? Jeśli pozostawimy ich przy życiu, to oni nie przestaną knuć. Zaszyją się w jakiejś dziurze, jak Fisk, i będą dalej manipulować. Tacy ludzie nie potrafią przestać. Są bezwzględni, nie obchodzą ich inni. Przyczajeni odzyskują siły i dopracowują plan zemsty. A potem uderzają ponownie. Jeśli jesteś dobrą jednostką, nie zabijesz takiego człowieka. Będziesz walczyć, znowu i znowu, wielokrotnie przerabiać tę samą bajeczkę. Albo będziesz tak wyczerpany walką, że odejdziesz. Niestety nie każdy odejdzie, prawdziwy bohater, który stawia dobro innych ponad własne, będzie walczył, aż polegnie. A skoro polegnie, to zło zwycięży. Niewinni ludzie znów będą ciemiężeni, dopóki nie pojawi się kolejny idealista gotowy walczyć o ich dobro. Jest też inna droga. Można nie bawić się w więzienia, ale zwyczajnie zlikwidować przestępcę. Raz na zawsze. Nie jest to gwarantem spokoju, wiadomo, zło nigdy nie śpi. Jednak jest sposobem na pozbycie się przynajmniej jednego zbira. Dlaczego Matt tego nie robi? Dlaczego prawdziwi bohaterzy tego nie robią? Proste, bo są dobrzy. Dobrzy, czasami znaczy też egoistyczni. Ani oni, ani ja, ani wy, nie są w stanie znieść koszmaru, jaki niesie ze sobą odpowiedzialność za odebranie komu życia. Ludzkie życie to największa wartość i dobre osoby to rozumieją. Rozumie to każdy, kto ma sumienie. Nie da się żyć ze świadomością odebrania komuś tej największej wartości.

A jednak Punisher sobie z tym radzi. O ile pierwszy sezon pokazywał stopniową ewolucję Daredevila, drugi ukazuje podobna drogę Franka Castla. Początkowo, zależy mu przede wszystkim na zemście. Chce wytropić i zabić tych, którzy przyczynili się do śmierci jego rodziny. Mało interesują go inni ludzie. Dopiero w ostatnich odcinkach zmienia zdanie. Zauważyliście ten dysonans między Punisherem i Daredevilem? Nie chodzi tylko o metody działania. Nie, chodzi o pobudki. Frank eliminuje złych ludzi, bo tak wypadło. Daredevil jest już ukształtowana postacią, walczy o dobro całego miasta, nie mając przy tym czysto egoistycznych pobudek. Walczy, bo wie, że jest potrzebny. Podczas gdy Frank widzi tylko czubek góry lodowej, Murdock kompletnie wsiąkł w walkę o miasto. Wie dużo więcej i walczy z poważniejszymi wrogami. Wrogami, którzy nie są dostrzegalni na pierwszy rzut oka, ale wpływają na losy całej społeczności.
Litościwa postawa Daredevila wobec Fiska wpływa na dalsze losy bohatera. Fisk ma już duże wpływy w więzieniu, z łatwością udaje mu się zmanipulować Franka. I sprawić naszemu biednemu Mattowi jeszcze więcej kłopotów.

A kłopotów w tym sezonie mu nie brakuje. Coraz trudniej pogodzić mu codzienne życie z byciem Daredevilem. Chodzi poobijany i wiecznie spóźniony, Foggy się martwi, Karen grymasi. Reasumując, jego życie zawodowe układ się bardzo źle. Życie prywatne? Jeszcze gorzej. Dlaczego? Bo na horyzoncie pojawia się jego była dziewczyna, Elektra.

W niemal każdej recenzji przeczytacie, że Elektra wyciąga z Matta jego najmroczniejsze cechy. Szczerze, uważam, że Elektra to jedna z najciekawszych postaci tego sezonu. Jest bogata, tajemnicza i zdecydowanie niebezpieczna. Jest też osobą, przy której Matt może na prawdę być sobą. Nikt nie zna go tak dobrze, jak ona. Nikt nie zna jego sekretów i przy nikim innym Matt nie jest tak swobodny, jak przy niej. Matt i Elektra to najlepsza para sezonu. Oni są ze sobą szczerzy, a ich relacja jest dojrzała. W przeciwieństwie do słodkich podchodów Matta i Karen. Czy Elektra pogrzebała związek Matta i Karen? Bzdura. Żaden z tego związek, skoro nie było w nim szczerości. Claire zna Matta, wie, kim jest i nie chce być jego dziewczyną. Karen nie zna Matta, tylko swoje wyobrażenie o nim. Elektra nie tylko go zna, ale też akceptuje.

Po dogłębnej analizie twierdziłam, że jedyne naprawdę zabawne sceny to te z udziałem Charliego Coxa i Eleine Young. Jest też jedna świetna scena. Bardzo romantyczna moim zdaniem. Nie ma tam żadnych kwiatków, czy czekoladek. Nie ma kolacji w restauracji. Jest jedno zdanie. Odpowiednie słowo w odpowiednim momencie. Więcej nie trzeba.

Niestety Elektra i Daredevil nie będą nigdy razem. I nie chodzi tylko o różnice światopoglądowe. Sprawa jest bardziej prozaiczna. Elektra to jedyna kobieca postać w całej serii, która polubiłam. A skoro lubię też Matta, możecie być pewnie, że nie będą razem. Takiego mam pecha albo beznadziejny gust. 

Widzieliście już nowy sezon?! Dajcie znać! ;)

Wasza M.

Photo credit: Televisione Streaming via flickr.com (license). No changes made. 

Powrót Diabła z Hell’s Kitchen, czyli o drugim sezonie Daredevil’a.

środa, kwietnia 06, 2016


W zeszłym miesiącu pisałam Wam, że w marcu będę trochę podróżować po województwie świętokrzyskim. Marzec właśnie się kończy, a ja muszę przyznać, że zakochałam się w świętokrzyskim!

Na mojej trasie znalazło się kilka małych miejscowości oraz popularne lokalizacje. Nie potrafię powiedzieć dlaczego, ale tutejsze okolice bardzo mi się podobają. Czuję, że mogłabym w niektórych miejscowościach zamieszkać i prowadzić szczęśliwe życie. Podoba mi się bliskość gór, podobają mi się strome uliczki w miastach, podoba mi się duże zaplecze turystyczne. Słowem, świętokrzyskie mnie zauroczyło! W tym roku czeka mnie jeszcze kilka wyjazdów, możliwe, że zmienię nazwę bloga na Krajowe Podróże Marzany C. i będę Wam opowiadać o polskiej architekturze sakralnej (żartowałam). Niemniej #życienawalizkach pozostaje moim stałym hastagiem, pod którym na moim Instagramowym koncie znajdziecie sporo zdjęć z podróży. Zapraszam! 


Skałki w Starachowicach są prześliczne. Jeśli wejdziemy na górę, zobaczymy w oddali farmę wiatrową!Z tego, co usłyszałam, wynika, że kilka lat temu przy skałkach znajdowało się miejskie targowisko zwane Manhattanem (bo było tam wszystko). Teraz targowisko przeniosło się do galerii, o zaskakującej nazwie Skałka, a mieszkańcy zyskali plac zabaw i darmową siłownię. 



Powyższa fotografia przedstawia pomnik ofiar w Ostrowcu Świętokrzyskim. W 1942 roku odbyła się tam masowa egzekucja 29 mieszkańców miasta. Następnie pochowano ich w zbiorowej mogile. Tak, patrzycie właśnie na metalową pętlę. 


Widok z balkonu w Opatowie totalnie mnie zachwycił. Rano czułam się, jakbym żyła w średniowieczu! Odwiedzając Opatów, nie zapomnijcie o wyśmienitych krówkach. Warto też odwiedzić cukiernię U Szarego, gdzie serwują pączek opatowski, który został wpisany na listę produktów tradycyjnych (potwierdzam, bardzo dobry).


Trafiłam też do klimatycznego Pałacu w Kurozwękach. W pałacu dostępne są dania z bizona! Warto spróbować. Chociaż hotel podobał mi się średnio, okolica jest fantastyczna! Dużo zieleni, boiska do nogi i siaty, plac zabaw i mini zoo. W okolicy zdecydowanie nie można się nudzić.

Oto i pałac w pełnej okazałości.
 
Tutaj też ładnie!



W Szydłowie specjalnie dla Was, Drodzy czytelnicy, wspięłam się po widocznej w prawym górnym rogu drabinie na basztę (tak to się chyba nazywa). Zapewniam, że było świetnie! Nie polecam dzieciom.



Nie wiem, czy byliście kiedyś w Sandomierzu, ale polecam. Spokojna miejscowość, piękna okolica, bardzo fotogeniczne zabytki. Idealna na dwudniowy wypad, potem możecie się już nudzić. Około godziny dwudziestej miasto idzie spać, nie wiem jak w sezonie, ale obecnie oświetlenie rynku było dość mizerne. Aha, będąc w Sandomierzu koniecznie odwiedźcie podziemną trasę turystyczną!

Wystarczy jeden kwiatuszek w hotelu, a ja już szczęśliwa! ;)


Uwielbiam Busko-Zdrój! Uwielbiam za spokój i zdrową wodę. Żartuję, uwielbiam za Biedronkę przy głównym deptaku. Wyobraźcie sobie, że tam prawie każdy pomyka z charakterystyczną reklamówką (przy okazji, w mojej nadal mają zimowe, a w Busko tylko standardowe).

Ta wspaniała droga w zasadzie wiedzie donikąd. A myślałam, że do Rzymu. :(

Mam świadomość, że w tak krótkim wpisie pokazałam Wam zaledwie ułamek potencjału województwa Świętokrzyskiego. Nie wspomniałam o dinozaurach w Bełchatowie, Wąchocku czy Muzeum Orła Białego. Jest jeszcze produkcja porcelany w Ćmielowie (to akurat nie w moim guście, wydawała mi się szkaradna). Mam jednak nadzieję, że wzbudziłam lekkie zainteresowanie i wybierzecie się kiedyś w któreś z przedstawionych miejsc :)

Wasza podróżniczka M.

Zakochaj się w Świętokrzyskim!