poniedziałek, listopada 20, 2017

nic na poważnie, marzeni

Raz na jakiś czas każdemu zdarzy się chwila zadumy nad własnym życiem.

Kilka dni temu były moje 25 urodziny. Ćwierć wieku to niewątpliwie poważny wiek, dlatego i ja zrobiłam małe podsumowanie. Nawet nie wiecie jak ogromna jest lista rzeczy, które chciałabym jeszcze zrobić i przeżyć! Postanowiłam więc odgrzebać, trochę już, stary trend i opublikować na blogu Bucket List - moją listę marzeń!

Podsumowując minione lata doszłam do wniosku, że jest jedna rzecz, której nigdy nie chciałabym w sobie zmienić - marzeń. Chciałabym zawsze mieć całą garść marzeń i małych celów, które będę powoli realizować albo które nigdy się nie spełnią, ale to też nie szkodzi. Nie chciałabym, żeby codzienność odebrała mi marzenia. Chcę zawsze mieć odwagę, aby marzyć i walczyć o swoje pragnienia. Poza tym, nie chciałabym też zatracić swojej wyobraźni, życie stałoby się nudne i musiałabym zostać księgową, a faktury to moja wielka zmora.

Moja lista marzeń to nie mieć, ale przede wszystkim być. Oczywiście czasem zdarzą się jakieś marzenia zupełnie materialne. Poza tym, aby być trzeba też mieć. Ważne jednak są dla mnie przeżycia i to jaką radość i satysfakcję mogą nieść.

Bardzo wysoko cenię sobie relacje międzyludzkie, grono wiernych przyjaciół, duża rodzina - to wszystko jest wyżej niż lista marzeń, bo chciałabym, aby było codziennością.

Jak każda lista, niewątpliwie i moja będzie się zmieniać. Człowiek się zmienia, zmieniają się też jego cele, mam jednak nadzieję, że będziecie obserwować / przeżywać te zmiany razem ze mną.


Rozwój osobisty, wyzwania, cele, rzeczy, które po prostu chciałabym zrobić

  1. Nauczyć się mówić po hiszpańsku albo po francusku
  2. Walczyć trochę z nieśmiałością i starać się zawsze być sobą
  3. Spróbować jazdy na nartach
  4. Nauczyć się pływać
  5. Tańczyć boso w fontannie 
  6. Zobaczyć musical na West Endzie a potem na Broadwayu
  7. Zrobić kurs makijażu
  8. Mieć 1000 czytelników bloga
  9. Zapisać się na kurs tańca
  10. Pójść na prawdziwy bal w sukni wieczorowej
  11. Spędzić weekend w spa
  12. Zorganizować piknik w parku
  13. Regularnie chodzić na bajeranckie zajęcia fitness
  14. Stworzyć sobie własne pefumy
  15. Przestać jeść chipsy
  16. Wybrać się do parku linowego
  17. Wejść na taras widokowy na PKiN (wstyd, jeszcze nie byłam...)
  18. Kupić sobie polaroid i pykać zdjęcia jak szalona
  19. Pójść na koncert Scorpions
  20. Zostać wolontariuszem
  21. Zaśpiewać czysto dźwięki na karaoke (nie wiem czy to możliwe nawet :p)
  22. Huehue to jest mocno głupiutkie, ale fajnie by było pójść na randkę z jakimś super znanym aktorem albo muzykiem
  23. Okej, to już strasznie głupie, szczególnie, że nie umiem pływać i źle wyglądam nawet w bikini, ale chciałabym być na tyle szalona / odważna (?), żeby polecieć klasyką i wykapać się bez ubrania w jakimś jeziorze (w miarę czystym)
Podróże, bo lubię je tak bardzo, że potrzebują oddzielnej sekcji
  1. Wyjechać w góry zimą, mogłyby to być Alpy, bo też są na mojej liście
  2. Zobaczyć lodowiec na Islandii
  3. Pojechać do Londynu
  4. Zwiedzić piękne Włochy
  5. Odwiedzić Nowy Jork i jeździć na łyżwach pod Rockefeller Center
  6. Zwiedzić Lazurowe Wybrzeże
  7. Pojechać do Wiednia
  8. Zobaczyć Edynburg
  9. Odwiedzić Teksas i przez chwilkę pomieszkać na ranczu
  10. Bawić się na Coachelli
A za kilka lat...
  1. Mieszkać z rodziną we własnym domu na wsi

A czego życzę sobie na urodziny - chciałabym mieć takie życie, aby rzeczywistość była lepsza od marzeń!


Kochani, byłabym zachwycona, gdybyście wy też zechcieli podzielić się w komentarzu Waszymi marzeniami. Co znajduje się na Waszych Bucket List?

Wasza marzycielka M.

Marzenie to dopiero początek, czyli moja Bucket List

wtorek, listopada 14, 2017


Mamy już listopad.
Oznacza to, że już wkrótce zapanuje prawdziwa świąteczna gorączka.

Osobiście super super uwielbiam święta. Z tego powodu z radością przyjęłam zaproszenie na przedpremierowy pokaz Listów do M 3. Ze smutkiem muszę stwierdzić, ze była to jedna z moich najgorszych decyzji ostatnimi czasy :)

Celem zrozumienia powodów mojego niezadowolenia musimy sięgnąć do podstaw. Zacznijmy od struktury przeciętnej komedii romantycznej. Początkowo mamy zawiązanie akcji, nasi bohaterowie muszą się spotkać, jakaś gadka szmatka. Poznajemy ich, przywiązujemy się. Jeśli już ich znamy, bo oglądamy kontynuację, warto z kolei przypomnieć, co  tych bohaterów się ostatnio wydarzyło.
Skoro głównej postaci już się znają, naturalnym jest, że uczucie pięknie ewoluuje. Do czasu. W niemal każdej komedii romantycznej pojawia się jakaś przeszkoda na drodze do szczęścia. Miłość może zatriumfować dopiero wówczas, gdy bohaterzy uporają się z wszystkimi przeciwnościami. Jednak nie bez powodu ten gatunek nosi chlubną nazwę komedii romantycznej - taki film to pewniak szczęśliwego zakończenia.

Teraz zastanówmy się czego powinniśmy wymagać od filmu świątecznego. Umówmy się, nawet największy gniot z odpowiednią dawką świąt będzie zachwycał. Nie wszystkich, ale swoją grupę docelową owszem. Jeśli więc idę do kina na film o świętach, oczekuję, że będzie świąteczny do granic możliwości, wypełniony choinkami, wybieraniem bombek, świąteczną muzyką, śniegiem, światełkami, dekoracjami, piernikami, miłością i radością. 

Niestety, w Listach do M. zabrakło jakby wszystkiego.

Zacznijmy od tego, że widziałam wszystkie części, ale miałam spory problem z rozkminieniem, co właściwie słychać u bohaterów opowieści. Cały czas dręczy mnie myśl, gdzie podziała się matka Kazika. czy w drugiej części stało się z nią coś drastycznego, co przegapiłam? Porzuciła swego synka? Nie za bardzo wiem co stało się z Betty, ale wiem, że brakowało jej w tym filmie. Podobnie brakowało jej siostry Małgorzaty. Chociaż nie do końca, w końcu twórcy zafundowali nam scenę na cmentarzu. Serio?! Kto uwzględnia cmentarz w filmie o świętach?

Scena na cmentarzu w zasadzie bardzo dobrze odzwierciedla klimat całego filmu. Twórcy Listów do M słusznie założyli, że nasi bohaterowie powinni, na drodze do szczęścia, stanąć przed kilkoma przeciwnościami. Niestety, przeciwności było tyle, ze wypełniły niemal cały film. Film trwa około 2 godzin. 1 godzina i 50 minut to dołowanie niczego niespodziewających się widzów. 5 minut zajęło szczęśliwe zakończenie. Reszta to napisy. Bardzo dawno nie byłam tak zdołowana na filmie. Szczególnie takim z "komedia" w nazwie.

Wadą Listów do M jest również lekko niedopracowany scenariusz - niektóre wątki się rozpoczynają, ale nigdy nie kończą. Przykład: Pan Szef ma romans z sekretarką. Sekretarka wyznaje mu miłość. Niestety, Pan Szef ma też Narzeczoną. Zdenerwowana Sekretarka decyduje się wyznać Narzeczonej prawdę o swojej relacji z Panem Szefem. Zamiast tego spotyka się jednak z jego matką. Jak zakończy się ta historia? Właśnie nie wiem, bo wątek pozostał otwarty, zapomnieli dopisać zakończenia? 

Może zabrzmi to dziwnie, ale w filmie brakowało mi też ogromnie świątecznej atmosfery! nawet najpiękniejsze świąteczne sweterki nie zrobią same atmosfery. W listach do M były jakieś kosmiczne rozkminy - typu co dzieje się z Agnieszką Dygant: guz mózgu czy menopauza. Rozkminy, które każdy inteligentny człowiek przejrzy w 2 minuty. Było dużo dołowania, zaczynającego się od próby wmówienia, że zwykły pies jest brzydki, nikt go nie pokocha i w ogóle milion nieszczęść. W tym wszystkim nie było jednak radosnej ekscytacji z okazji nadchodzących świąt. Wszystko co świąteczne zostało potraktowane trochę po macoszemu i przez to zatraciło swój urok.

Na minus były też żarty, niekiedy czasami za suche. Nawet dla mnie.


Reasumując, Listy do M to film o świętach, bez świąt. Szturmem podbija polskie kina i miał doskonałe otwarcie, ale to wy sami zdecydujcie, czy chcecie go zobaczyć.

Pozdrawiam, 

Wasza szalona fanka świąt M.

Miały być święta jest lekka depresja, czyli o Listach do M po raz trzeci

poniedziałek, listopada 13, 2017


Czy wy wyczekiwaliście nowej części Thora równie mocno, jak ja? Ja wprost nie mogłam się doczekać, aż odliczałam dni! Do kina pobiegłam, kiedy tylko znalazłam pierwszy wolny termin w kalendarzu. Oczywiście, pobiegłam podjarana jak piesek na widok kości.

I trochę się zawiodłam.

Thor to naprawdę dobry film, który niewątpliwie ma sporo zalet, jednak dla mnie czegoś zabrakło.

Nowy Thor to zupełnie inna historia. Filmowi bliżej do Strażników Galaktyki, niż poprzednich części. Charakter trzeciej części jest znacznie luźniejszy niż poprzednich. To jest komedia. Bardzo dobra komedia. Mi jednak marzyło się mniej komedii, a więcej efektownych scen, w których poczułabym, że to naprawdę historia o nordyckich bóstwach.

W zwiastunie była taka scena - Walkirie na skrzydlatych koniach stające do walki z Helą. Trochę umyśliłam sobie, że cały film taki będzie, tymczasem to była ledwie jedna scena. I tego mi w Thorze brakowało, gdyż mi marzyły się monumentalne obrazki, będące sztuką same w sobie.

Ciekawe jest, że twórcy filmu zainspirowali się chyba trochę tanimi amerykańskimi komediami. Czasem żart był tak suchy, że aż nie wypadało się nie roześmiać. Jednak, kochani, poszłam na Thora a nie na Straszny film. Thor, który przerywa rozmowę, bo przypadkiem kręci się na łańcuchu i nie chce rozmawiać tyłem. Trochę nie tego się spodziewałam.

Pod względem technicznym Thor jest zrobiony bardzo dobrze. Efekty specjalne mogą zachwycić. Pod względem scenariusza - wydaje mi się nie do końca dopracowany. Nie kupuję tej historii, dla mnie jest lekko za płytka.

Aktorzy. Aktorzy bardzo dobrze sobie poradzili, widać kunszt, dobre umiejętności. Chris Hemsworth zachwycał, nie tylko wizualnie. Jego Thor to postać bardzo spójna, spójna nie tylko z poprzednimi filmami, ale też z materiałami, które widzieliśmy w trakcie (tak, ma na myśli ten zabawny filmik Team Thor). Nie mogę również pominąć doskonałej roli Cate Blanchett. Doceniam profesjonalizm i świetny warsztat. Loki w tej części jest znacznie bardziej wyzluzowany i trochę mniej zły, Tom Hiddelston również stworzył świetną postać. Zajarałam się również widząc na ekranie doktora Strange.

O aktorach można mówić długo, wszyscy byli wspaniali, ale prawdziwą gwiazdą tego filmu jest Hulk. Nie żaden Banner. Chcemy więcej zielonego, humorzastego jak trzylatek Hulka!

Cały styl Thor:Ragnarok jest bardzo fajny. Trochę tam nowocześnie, ale trochę trąci też latami 80. Bardzo ważną rolę odgrywa tutaj muzyka. W muzyce się zakochałam. Jest właśnie taka odjechana, kosmos, gwiazdy i te nieszczęsne lata 80. To jest cudo. 

Thor jest też zupełnie nowym powiewem w uniwersum Marvela. Znikło trochę tego nadęcia, które akurat ja lubiłam, a pojawiło się więcej luzu. Ciekawi mnie, czy w kolejnych filmach z uniwersum też powinnam się tego spodziewać, jak Wy uważacie?

Podsumowując, Thorowi zabrakło bardzo, bardzo malutko, do ideału. Niestety, niekiedy tak bywa. Nie znaczy to, że oglądając Thor: Ragnarok nie będziecie się dobrze bawić. Zapewniam, że będziecie.

Dajcie znać, czy byliście już w kinie!

Wasza prawie Thor groupie M.

Czy Thor to dobry film?

niedziela, listopada 05, 2017

młynarski. piosenka finałowa, muzyka polska

Jak często chodzicie do kina na filmy dokumentalne? Ja przyznam Wam, że nie byłam tylko raz.

Wszystko zdarzyło się w zeszły wtorek. Dzień był zwykły jak zupa pomidorowa, wyjąwszy objawiające się na ulicach halloweenowe stwory. Więc w tym mało specjalnym dniu, w moje ręce wpadł bilet do kina, poszłam i wszystko się zmieniło.

Dobra, żartowałam, aż takiego szaleństwa nie było.

Był jednak przedpremierowy pokaz filmu Młynarski. Piosenka finałowa.

Przed pokazem wiedziałam, że będzie to film dokumentalny. Nie jestem szczególną fanką tego gatunku, więc byłam pełna obaw. Jednak moje obawy rozwiała już pierwsza scena, kiedy ogromna sala kina Luna wypełniła się monumentalnym dźwiękiem Och, życie kocham Cię nad życie. Dźwięk brzmiał bardzo imponująco - byłam zachwycona. Jedna scena skradła moje serce, potem mogło być już nawet najgorzej, nic nie zmieniło już mojej pozytywnej opinii o tej realizacji.

Muzyka jest największą zaletą filmu Piosenka finałowa. Jestem wielką fanką polskiej muzyki, jednak nie miałam pojęcia jak ważną postacią na polskiej scenie muzycznej był Młynarski. Okazało się jednak, że jest autorem kilku na prawdę wspaniałych tekstów.

Fajnie, że miałam okazję zobaczyć ten film, bo młode pokolenie (do którego zdecydowanie się zaliczam) mało zna twórczość Młynarskiego. Film dokumentalny, więc formuła dosyć standardowa - zlepek różnych wypowiedzi, starych nagrań i muzyki. Opinie osób związanych z Młynarskim zawodowo są w znacznej części pochlebne. A jeśli nie są pochlebne, to na koniec i tak zostaną okraszone jakimś komplementem, żeby wyszło pozytywnie. W efekcie Młynarski został tutaj wykreowany na geniusza muzycznego, artystę doskonałego, dla którego sztuka jest imperatywem, który niekiedy odciąga go od prawdziwego życia. A, że był trochę temperamentny... może to Skorpion?
Trochę mi przeszkadzało, że film nie był do końca rzetelny. Albo inaczej, film może był rzetelny, ale ja nie umiałam tego ocenić. Wydaje mi się, że brak podłoża historycznego w tej kwestii trochę przeszkadzał. Szczególnie, że telewizja przecież kłamie.
Jeśli chodzi o sam seans, kochani, znacznie zaniżałam średnią wieku, gdyż pozostali współoglądający byli minimum dwa razy starsi.
Wydaje mi się, że niektórych wypowiedzi było za dużo - film trochę się dłużył.

Jest jedna kwestia, która w filmie średnio mi się podobała. Wypowiedzi dzieci artysty. Każda z tych wypowiedzi była szczera, ale też pokazywała ich stosunek do rodzica. Jeśli dzieci nie umieją się dogadać z rodzicami, to nie będą w stanie tego ukryć mówiąc o nich. Zwyczajnie się nie przemogą, co zresztą działa w obie strony. I tak mamy "tatę" u Agaty i wymagającego puentowania "ojca" u Pauliny. Młynarski nawet będąc dobrym artystą, nie musiał być dobrym ojcem. Jednocześnie opowiadanie o tej drugiej stronie, nie jest żadnym oczernianiem i może nawet dobrze, że znalazło się w dokumencie. Jednak, ja osobiście nie za bardzo lubię wchodzić z butami w czyjeś życie rodzinne, czuję się wówczas bardzo nieswojo i nieprzyjemnie i nie jestem zadowolona, że podczas seansu, zostałam mimowolnie wmanewrowana w tak niekomfortową sytuację.

Jeśli jednak lubicie polską muzykę i emocjonalne opowieści, to zdecydowanie jest to film dla Was. Byliście? Wybieracie się? Dajcie znać w komentarzu! :)

Wasza fanka polskiej muzyki M.

Poszłam do kina na film dokumentalny i chyba jestem zadowolona

wtorek, października 17, 2017

Źródło: Materiały prasowe Teatr Muzyczny Roma

Już dawno żaden spektakl nie wzbudził tylu emocji co najnowsza produkcja Romy.  Zewsząd słyszałam deklaracje znajomych, że zamierzają jak najszybciej zobaczyć Pilotów, a przecież od premiery minął ledwie tydzień!

Nie o tym jednak, ja też bardzo chciałam zobaczyć Pilotów. Wybrałam się więc na ten spektakl w minioną niedzielę: zakaszlana, zasmarkana i ogólnie w kiepskim stanie zdrowotnym. Ryzykowałam życie. A przynajmniej zdrowie. Myślicie, że było warto? Zdecydowanie tak!

Głównymi bohaterami są: pilot Janek i jego ukochana, aktorka i śpiewaczka Nina. W jednej z pierwszych scen jesteśmy świadkami zaręczyn tej pary. Naszym bohaterom towarzyszymy od ostatnich dni lata 1939. Najpierw świętujemy z nimi radość zaręczyn, a następnie obserwujemy jak rozdziela ich wybuch wojny. Czy rozliczenie kochankowie jeszcze się spotkają? Na odpowiedź na to pytanie musimy czekać bardzo długo ;) Zanim jednak potencjalne spotkanie, czeka nas wiele uczuciowych zawirowań. Na scenie zaobserwujemy całe spektrum najróżniejszych emocji, od ogromu miłości i radości po największy smutek i strach.

Podczas spektaklu, gdy na scenie zawył alarm, poczułam rzeczywisty strach o naszych bohaterów. przez chwilę mogłam cofnąć się kilkadziesiąt lat wstecz i poznać emocje, które dla ludzi z tamtego okresu były niemiłą codziennością.

W Pilotach jest też mnóstwo miłości. Miłości, która, aż rozczula serce. Bo jak tu się nie rozczulać gdy niedobry Niemiec kocha Polkę tak bardzo, że jest w  stanie wybaczyć jej nawet to, że jest dla niej jedynie źródłem informacji #romantyczka #cudo

Jeśli chcecie poruszyć swoje zatwardziałe serduszka, koniecznie wypróbujcie Pilotów.

Mówiąc o spektaklu w Teatrze Muzycznym nie możemy pominąć najważniejszego - muzyki. Główne ścieżki tematyczne musicalu są bardzo przyjemne. Podejrzewam, że każdemu spodoba się uroczy i romantyczny utwór "Nie obiecuj mi". W zasadzie słuchałam tego utworu oczekując na wizytę w teatrze i wyznam Wam, że w momencie, gdy usłyszałam go na scenie, tekst znałam już na pamięć.  Mnie zachwycił też motyw z tytułowej piosenki "Piloci". Jest żywo, dynamicznie i tak wojskowo. Czterej piloci cieszą się, że zostali przyjęcie do Brytyjskich Sił Powietrznych.
Bardzo bym się cieszyła, gdyby w spektaklu było więcej takich melodii, gdyż trochę brakowało mi weselszych utworów. Dużo było nostalgicznych utworów, ale trudno oczekiwać ich w spektaklu mówiącym o wojnie.
Ogólnie przekrój muzyczny w spektaklu jest niesamowity, mamy trochę kabaretu, ociupinkę rocka, a nawet hip-hop (mi to zaleciało Hamiltonem ;)

Niezmiennie podziwiam też aktorów i tancerzy że są w stanie tak doskonale zapamiętać skomplikowane teksty i choreografię. Trzeba przyznać, że choreografia w Pilotach jest perfekcyjna. Ja podejrzewam, że opanowanie jedynie układu do pierwszej piosenki zajęłoby miesiące. A tutaj jest tych scen wiele, wiele więcej! Prawdziwy szacun!

Równie wielki podziw budzi scenografia spektaklu. patrząc na misternie przygotowane dekoracje poczułam się jakbym była na West Endzie! Prawdziwie światowy poziom. Zachwyciła mnie scenografia towarzysząca występowi Niny w kabarecie z piosenką Jestem iskrą.
Mnie podobały się nawet obrazy w tle poszczególnych scen, bardzo dobrze oddawały klimat Warszawy, Paryża czy Londynu. Mówiąc o scenografii nie można pominąć pięknego, czerwonego autka oraz jednego z najważniejszych elementów spektaklu - repliki samolotu Hurricane!

Teatr Roma od zawsze słynie ze wspaniałych efektów specjalnych. Nie inaczej jest w przypadku Pilotów. Efekty specjalne są powalające. Twórcom udało się doskonale przedstawić sceny bitw w powietrzu. Są emocje kochani! Bardzo przejmująca jest również scena z Hitlerem, miałam wtedy ciary. Jeśli zasiadacie w pierwszych rzędach - spodziewajcie się również efektów pirotechnicznych - będzie fajnie.

Jest jeszcze jedna ogromna zaleta tego spektaklu - to nie jest musical zza granicy, to autorska produkcja! Dodatkowo produkcja, która opowiada wspaniałą historię, historię bohaterów, którzy współcześnie nie są bardzo znani. A szkoda, ja sama chyba spróbuję sięgnąć po lekturę z tej kategorii (chociażby Dywizjon 303). Warto też zwrócić uwagę, że Piloci to pierwszy polski musical Romy kierowany do dorosłej publiczności.

Ogólnie Piloci to dla mnie źródło niezmiennie dobrego humoru. Humoru, który utrzymuje się już od ponad 2 dni! Spacerując ulicami Warszawy na myśl przychodzi mi jej przedwojenny obraz przedstawiony w musicalu i od razu lubię ją jakoś bardzo. Szczególnie, gdy pogoda jest tak piękna.

A Wy wybieracie się na Pilotów? A może już widzieliście? Jeśli tak, jak wrażenia? Dajcie znać!

A tymczasem przesyłam Wam moc całusków,


Wasza rozmarzona melomanka M.

Ryzykowałam życie, żeby pójść na ten spektakl, myślicie że było warto?