czwartek, maja 24, 2018

DzM #12: moda, podstępne marzenia i niezwykłe doświadczenia

W życiu kobiety jest przynajmniej kilka ważnych aspektów. Po pierwsze, oczywiście dostęp do wystarczająco dużych i różnorodnych zasobów czekolady. Po drugie, minimalny zapas materiału do plotek, oczywiście plotki działają najlepiej w towarzystwie dobrego drinka, tudzież kilku. Po trzecie, zakupy. A jak zakupy, to i moda, bo wiadomo, najczęściej powtarzane przez kobietę zdanie brzmi: Nie mam się w co ubrać. I kupują, kupują, kupują, aż w końcu kont w banku świeci pustkami i trzeba zacząć jeździć autobusami - wtedy to dopiero zaczyna się dziać!

Moda

Kupiłam nową sukienkę! Jest taka piękna, różowa i w ogóle! Chcesz zobaczyć?
Po co? Znając Ciebie to pewnie jakaś kolejna firanka.

Dżemma, może pora zacząć chodzić w ciuchach z firanek - taniej by może wyszło.


Dike: Dzisiaj w pracy szukałam w torebce chusteczek - znalazłam stanik. Typowa damska torebka.
Szarlotta: Ja od 4 dni noszę w torebce skarpetki.
D: Ty, a czyste chociaż?

Co się dzieje, gdy zamiast drinków w barze wybierasz coś kulturalnego?

Przepis na udany babski wieczór? Iść na francuski film z polskimi napisami z osobą, która nie mówi w żadnym z tych języków. Nowy poziom doświadczeń. A trzeba było iść na wódkę.

W autobusowym świecie

Kiedy na początku 3 godzinnej podróży autobusem z sąsiedniego fotela wyczuwasz rybę i piwko to wiedz - będzie dobra impreza w drodze.

Co czytają w autobusach ambitni ludzie? Kwadrant przepływu pieniędzy.
Dziewczyny, bierzcie przykład, nie będzie Wam brakować na zakupy. Tylko, co to do cholery jest kwadrant?


Słodkie maluszki 

A jak już nie będzie Wam brakować na zakupy i nawet coś zostanie i postanowicie znaleźć nowe powody do wydatków - zawsze można zrobić sobie jakieś maleństwo. Dzieci to w końcu przygoda na całe życie. Podobno im mniejsze tym lepsze, zastanawiające jest jedynie jakie to małe, bo trzylatek to może być za duże. Wyobraźcie sobie, usypiasz takiego z czułością, głaszczesz i mówisz: słodkich snów koteczku, a dziecko odpowiada Ci dobra. Dobra, teraz będzie już tylko gorzej.

Uważaj o czym marzysz

Podczas zajęć fitness lało się ze mnie litrami i marzyłam jedynie o zimnym prysznicu. Wyszłam z siłowni i voilà - pada deszcz. Szkoda, ze z gradem...


Wam też zdarzają się takie historie? Dajcie znać w komentarzach! :)

DzM #12: moda, podstępne marzenia i niezwykłe doświadczenia

poniedziałek, maja 14, 2018


Chyba przez całe życie nie chodziłam do kina tyle co w ciągu ostatniego roku 😂😂 Oczywiście chodzę tylko i wyłącznie w celach badawczych, żeby zbierać materiały na bloga i mieć Wam o czym opowiadać. Żartuję, żartuję, wiadomo, że chodzę głównie, żeby dobrze się bawić :) Widziałam ostatnio dwie interesujące propozycje i nie byłabym sobą, gdybym Wam o nich nie opowiedziała.

Kochankowie jednego dnia

Poczytałam gdzieś, że jest to kameralny dramat obyczajowy i przyznaję, że wszystko się zgadza. Jest to przede wszystkim film nieoczywisty, ale przy tym też bardzo klimatyczny i na swój sposób uroczy.
Szczerze mówiąc zasnęłam w kinie. Jednocześnie miałam jednak takie wrażenie, że nie mogłabym nie obejrzeć tego filmu do końca, musiałam poznać zakończenie, ot imperatyw kategoryczny.
Kochankowie jednego dnia to francuskojęzyczna produkcja nakręcona w bardzo klasyczny sposób. Obraz jest biało-czarny. Dzięki temu czujemy bardziej, a nawet nowoczesne kadry stają się takie nieoczywiste.

Jestem zadowolona, że miałam okazję zobaczyć ten film z dwóch powodów:

  1. Zero schematów - wiecie dlaczego byłam tak ciekawa zakończenia? Bo nie byłam w stanie sama wydedukować jakie będzie. Bardzo cenię produkcje, które nie wchodzą na utarte ścieżki, w końcu nikt nie lubi nudy.
  2. To jest mądry film. Wyszłam z kina nie tylko poruszona i zadowolona (nie napiszę, że wyspana, bo zasnęłam maks na 5 minut), ale też bogatsza w wiedzę i doświadczenie, które mogę w mniejszym lub większym stopniu wykorzystać w życiu. Kochankowie jednego dnia to w końcu film nie tylko o miłości, ale też o zdradzie. Autorzy nie rozwiązali może odwiecznej zagadki "skąd te zdrady", ale przynajmniej starali się znaleźć jakieś wskazówki i rzeczywiście im się udało. 
Wiecie, z tą mądrością to wystarczyła jedna scena. Jedna scena, która otworzyła mi oczy na postrzeganie niektórych spraw. I tyle wystarczy, aby pozytywnie ocenić film. Zgadzacie się ze mną? :)

Prawdziwa historia

Nowy film Polańskie również polecam każdemu, jednak tutaj mam kilka zastrzeżeń. Po pierwsze jest trochę schematycznie. Nie widziałam zbyt wielu filmów Polańskiego, oglądałam Dziewiąte Wrota, fragmenty Pianisty i Dziecka Rosemary (tak, bałam się to oglądać :p) i bazując na tej okrojonej wiedzy, muszę przyznać, że Prawdziwa historia jest dosyć podobna do przynajmniej jednego ze wspomnianych dzieł. Zakończenie filmu mnie nie powaliło i po wyjściu z kina mogłam powiedzieć jedynie; Okej, to chyba typowy Polański. 

Film ma też swoje zalety. Minimum jedną - Evę Green. Eva (Ella) w Prawdziwej historii? Demoniczna, hipnotyzująca, przerażająca. Wywoływała u mnie stres i momentami aż skręcałam się na fotelu. Eva była stresująca, a Delphine (główna bohaterka) wybitnie naiwna. Może tylko ja mam jakieś trust issues i dla innych to normalne, ale ja nie potrafiłabym stworzyć tak silnej relacji w ciągu zaledwie kilku dni. Nie podałabym hasła to komputera dopiero co poznanej lasce, a tym bardziej nie pozwoliłabym jej u siebie zamieszkać. Jak dla mnie to jak szybko rozwinęła się przyjaźń Delphine i Elle jest mało wiarygodne, ale kto tam wie, może we Francji jest inaczej. 

Standardowo w filmach Polańskiego występuje jego małżonka Emmanuelle Seigner  i jak dla mnie jest to standardowo dobra rola :)


Jeśli wybieracie się do kina i wahacie co wybrać - polecam pierwszą propozycję. Jeśli zależy Wam na luźniejszej rozrywce - niedawno do kin wszedł film o Avengers, a już za kilka dni premiera Deadpoola! Ja czekam też na Zimną wojnę, nasza polska produkcja bardzo dobrze radzi sobie w Cannes, a ja bardzo cenię filmy, które walczyły o Złotą Palmę - zawszę są to bardzo dobre produkcje.

A Wy na jaki film czekacie? I co byście bardziej chętnie obejrzeli - Kochanków jednego dnia czy Prawdziwą historię

Całuski :*:*

Wasza kinomaniaczka M.

Trochę miłości i trochę Polańskiego, czyli o kinowych nowościach

środa, maja 09, 2018


Kwiecień plecień bo przeplata trochę zimy, trochę lata, mówi stare powiedzenie. A czy poza pogodowymi zawirowaniami ma nam coś jeszcze do zaoferowania? Tegoroczny zdecydowanie miał! Co to był za szalony miesiąc! Nie wiem, czy to zasługa pięknej, iście letniej pogody, czy może czegoś innego, ale zdecydowanie był to wspaniały okres. W kwietniu czułam bardziej i zachwycałam się totalnie przyziemnymi rzeczami :) Nie byłabym zatem sobą, gdybym się tym z wami nie podzieliła! ;)

Najlepszy film miesiąca, a możliwe, że nawet życia

Mowa oczywiście o filmie Maria by Callas - długą i niesamowicie entuzjastyczną recenzję znajdziecie pod tym linkiem. Polecam! Film był świetny, a ja wyszłam z kina totalnie zachwycona.


Najbardziej pogodny kwiecień jaki pamiętam

Pogoda w tym roku totalnie zachwyca. To już nie wiosna, to lato w pełni! Jest upalnie, a świat stał się kolorowy od wspaniałych kwiatów. Powietrze wypełniają słodkie zapachy kwiatów i bzu. Bajka!! Mój Instagram wprost szaleje ;P Koniecznie sprawdźcie!


Zjadłam najlepszą kaczkę ever

Serio ever ever. Była tak wyśmienita, że nie mogę tego pominąć! Jeśli będziecie mieć okazję, gorąco polecam restaurację MOMU - kaczka z plackami ziemniaczanymi z cukinią jest wyśmienita ;)

Mam nowe rzęsy

Trochę się bałam i w sumie boję nadal, że moje naturalne rzęsy mi całkowicie wypadną i nigdy w życiu nie odrosną, ale w sumie no risk no fun. Efekt jest bardzo fajny, chociaż przez pierwsze dni totalnie nie mogłam się przyzwyczaić :p Zobaczymy jak będą się dalej sprawować i chętnie opowiem Wam o efektach końcowych.

Pierwszy raz od lat obejrzałam horror

Pękam z dumy, chociaż obejrzałam to za dużo powiedziane. Całość zajęła mi dwa dni i oglądałam na laptopie w nieaktywnej karcie, ale dla takiego tchórza jak ja to i tak wielki sukces 😂😂 Nie pytajcie tylko ile dni potem żyłam w lęku 😂😂




Życie towarzyskie też kwitło, a jak życie towarzyskie kwitnie to wiadomo jest fajnie. W kwietniu zaliczyłam kilkakrotnie kino, grałam w kręgle, grillowałam, piłam piwo nad Wisełką, poszłam na wesele, świętowałam imieniny, puszczałam bańki, zajadałam się bezami i zdecydowanie zbyt dużą ilością lodów, a także kupiłam odpustowy wiatraczek dla dzieci. Sami widzicie, że to musiał być dobry miesiąc! ;D



A co działo na blogu?

Obowiązki zawodowe nie pozwalają mi pisać już tak wiele jak ostatnio, jednak i tak na blogu pojawiło się cztery nowe teksty. Oprócz recenzji filmu o Callas, na blogu pojawiły się następujące teksty:

  1. Share Week 2018, czyli kogo polecam czytać
  2. Najpiękniejsze miejscówki na Instagramie
  3. DzM #11: dzieje się Proszę Państwa, dzieje!
A jak Wam minął kwiecień? Opowiadajcie!!

Pozdrawiam, 
Wasza kwietniowa M.

Kilka słów o niespodziewanie fajnym kwietniu

czwartek, maja 03, 2018


Dziesięć lat MCU to wspaniała rocznica. I wspaniały prezent dostaliśmy z tej okazji. Avengers: Wojna bez Granic to zdecydowanie najlepszy film w całym uniwersum. Dopiero co wróciłam z kina i wprost muszę się z Wami podzielić moją ekscytacją. Kochani, będzie kilka emocjonalnych uwag i będzie kilka spojlerów, ostrzegam.

Infinity War to majstersztyk. 

Żadne słowo nie będzie w stanie lepiej oddać tego, co zobaczyliśmy na ekranie. Uważam, że najważniejsze okazały się te aspekty, na które najczęściej nie zwracamy uwagi: scenariusz, reżyseria i montaż. To wszystko zagrało wręcz idealnie i tylko dzięki temu mogę szczerze powiedzieć, że nie nudziłam się nawet przez minutę. Baaaa, film miał tak świetny klimat, że przez moment poczułam prawdziwą magię kina, ten wielki ekran, ta wspaniała muzyka... Po prostu cudowne przeżycie <3 Film jest tak wspaniale zrobiony, że bez problemu mógłby stanowić zamknięcie całego uniwersum. Byłby to co prawda koniec niezbyt szczęśliwy, ale baaardzo z klasą. Wiecie, kiedy po pierwszych napisach nie pojawiła się dodatkowa scena, a jedynie rozsypujący się tytuł filmu, pomyślałam, że tak mógłby wyglądać symboliczny koniec - trochę żal, bo za wcześnie, ale bardzo stylowo. Wątpiłam nawet w scenę po kolejnych napisach, fakt, że się pojawiła to wielkie potwierdzenie, że historia Avengersów jeszcze się nie kończy. Podobnie jak historia Thonosa, który zgodnie z ostatnią planszą filmu - również powróci.

Wojna bez Granic jest wielkim sukcesem kinowym, bije wszelkie rekordy popularności i muszę przyznać, że zupełnie mnie to nie dziwi.

Oglądając tę cześć Avengers uznałam, że ten kto wpadł na pomysł ekranizacji komiksów to geniusz. Zabawa jest znacznie, znacznie lepsza niż przy książkach. Chyba głównie dlatego, że film jest bardziej realny, ale też jest zupełnie innym doświadczeniem i w ogóle jakoś tak czaruje.

Ogromną zaletą Infinity War jest również równowaga. Bywa śmieszne, bywa wzruszająco i bywa płacząco. Niektóre sceny rozdzierają serce, a po seansie czułam się jakby mi ktoś umarł. i to jest niesamowite, bo wybierałam się na widowisko pełne morodobicia a dostałam sporo różnych emocji i zapewne właśnie dlatego bawiłam się tak wyśmienicie <3

Zachwycające jest też jak świetnie reagowała na film widownia. Ja sama przesiedziałam z połowę filmu z otwarta buzią.. Dziewczyna obok aż wysunęła się z fotela, a w chwili ranienia jednego z bohaterów załamana ukryła twarz w dłoniach. Były wybuchy śmiechu, westchnienia, okrzyki. Nikt, nikt a nikt, nie wstał z fotela dopóki nie skończyła się scena po napisach.


A skoro o Thonosie mowa...

Jeszcze przed fimem naczytałam się, ze on jest taki zły połowicznie. Czyni źle, jest bezlitosny, ale w sumie w jego głowie przyświeca mu jakiś w miarę szlachetny cel.Cel, dla którego jest zdolny do największych osobistych poświeceń. Zresztą, fakt, że po zabiciu połowy wszechświata zamierza zwyczajnie usiąść i obejrzeć zachód słońca ma w sobie coś tak bardzo ludzkiego i tak bardzo wpisuje się we wszelakie historie suprbohaterskie, że masakra. W stylu; walczyłem, wiele poświeciłem, ale teraz walka skończona i mogę usiąść i popatrzeć na to zachodzące słonce. Ale, ja osobiście nadal go nie lubię. Nikt nie ma prawa decydować o śmierci tak wielu istnień . Nawet ten, kogo przytłacza brzemię poczucia odpowiedzialności.
Zwróciliście uwagę na nawiązanie do Starka i czasu Ultrona? Ciekawe, prawda?

Dodatkowo, Hulk pojawił się w filmie tylko raz. W pierwszej scenie. Szalony Tytan przeraził go do tego stopnia, że odmówił udziału w walce! Ten Hulk, który nie bał się nawet Bogini Śmierci! Szok!

Najpotężniejszy Avengers

Oto film, w którym postaci jest wiele, a jednak ja sama nie odczułam, żeby brakowało dla nich miejsca. Każdy miał swoją chwilę, oczywiście kilka postaci miało tą chwilę nieco dłużą, ale i tak wszystko składało się w ładną całość. Każdy wnosi do uniwersum coś ważnego i każdy jest w jakiś sposób ważny.

W moim mniemaniu na pierwszy plan wysuwa się jednak Thor. W ostatnim filmie stracił wiele, a teraz w sumie jeszcze więcej. Jest obecnie nie tylko najsilniejszym Avengers, ale też najsmutniejszym. Podejrzewam, że fakt, że nie powstrzymał Thonosa jeszcze bardziej go zasmuci. W końcu był tak baaardzo blisko. Niemniej Thor wspaniale dojrzał w całym cyklu. Nie jest już jedynie superbohaterem, stał się wreszcie prawdziwym bogiem. Smutno mi było, kiedy tak rozparzał i smutno mi było, że tak mało zostało w nim nadziei, ale jednocześnie cały film czekałam na pioruny i jak się doczekałam to było zjawiskowo. Teraz czekam jaszcze na kolejne zjawiskowe sceny ze Stormbreakerem. Na początku uniwersum lubiłam Thora bo był przystojny, chociaż blondyn, teraz lubię go za to kim się stał i zdecydowanie jest moim ulubionym Avengersem. Więcej Thora!!


Śmierć połowy wszechświata to również sporo przerzedzenie szeregów Avengers. Straciliśmy Czarną Panterę, Scarlet Witch, Spider-mana, Stranga, Visiona i wielu innych. Sporo postaci zostało też uśmiercone w trakcie filmu, choćby Loki i Gomora. Teraz pozostaje pytanie jak powrócą do życia (zakładam, że pewnie przyda się do tego Kamień Czasu) i kto zginie w kolejnej części. Chociaż wolałabym, żeby nie zginał nikt, bo ja lubię szczęśliwe zakończenia jedynie. Przekonamy się już równiutko za rok!


Wojna bez Granic to bardzo dobry film. Jestem zachwycona i wybieram się do kina ponownie i wam też ogromnie polecam seans!! Byliście już? Dajcie znać, czy się podobało!

Pozdrawiam,
Wasza totalnie podjarana M.

Podjarałam się na maksa, czyli o nowych Avengers

środa, kwietnia 25, 2018


Niedzielne popołudnie w kinie Luna. W imponującej salki siedzi kilkadziesiąt osób. Jeszcze o tym nie wiedzą, ale są prawdziwymi szczęściarzami, bo już za chwilę będą mieli okazję zobaczyć jeden z najlepszych filmów w życiu.

Mowa o produkcji Maria by Callas. Gdyby ktoś powiedział mi kilka lat temu, że najbardziej na świecie spodoba mi się film dokumentalny, nigdy bym nie uwierzyła. A jednak, życie lubi zaskakiwać.

Maria Callas to niesamowita postać. Wielka operowa diwa. Utalentowana, szalenie pracowita, ambitna. Jednocześnie krucha, kobieca i wrażliwa. Wielkie sprzeczności rodzą wielkie historie i tak właśnie było w tym przypadku.

To nie jest żadna adaptacja historii Callas, ze scenariuszem, aktorami i reżyserem. To jest historia Callas. Historia zbudowana z fragmentów jej występów, wywiadów, czy listów. Nie ma tu gry aktorskiej, nie ma adaptowania rzeczywistści, tylko prawdziwi ludzie uchwyceni w specyficznych momentach życia. I w tym tkwi cały urok filmu.

Oglądam sporo filmów, lubię kino akcji, lubię filmy przygodowe. Jednak mało która współczesna produkcja pozostaje wolna od schematów. Powielanie wątków czy form wypowiedzi to standard. A ja nie lubię standardów i denerwuje mnie, kiedy wiem co zaraz się wydarzy. Jeśli oglądam film na playerze najprawdopodobniej go przewinę. W kinie pewnie również będę miała ochotę to zrobić, niestety niezaspokojoną. Podczas seansu Maria by Callas nawet przez minutę nie pomyślałam, że chciałabym coś ominąć/przyspieszyć. Ten film to doskonała, bardzo wciągająca całość, od której nie można się oderwać. Nie było tu schematów, nie było ani grama nudy. Trochę się tego obawiałam przed seansem, gdyż biografia Callas to również jedna z moich ulubionych książek. Wiedziałam więc co obejrzę, a jednak nadal byłam niesamowicie zachwycona i nie mogłam oderwać oczu od ekranu.

Zastanawiałam się, co przyczyniło się do stworzenia tak świetnego obrazu dosyć długo. Ostatecznie stwierdzam, że jest to niesamowity klimat całego dzieła. Film to zlepek różnych nagrań, które powstały ponad pół wieku temu i bardzo to czuć. Czuć, że nie jest to nowoczesna technologia, a nawet w miejscach, gdzie czarno biały obraz zastąpiono kolorem, nadal widz ma wrażenie, że ogląda naturalny materiał nagrany wiele lat temu.

Drugim czynnikiem, który na pewno wpływa na klimat filmu jest muzyka. Callas i opera to jedno. I w tym filmie widać to niesamowicie dobrze. Wykorzystanie klasycznej muzyki operowej to zdecydowanie jeden z najmocniejszych punktów filmu. Nigdy wcześniej nie powiedziałabym, że można czuć tak bardzo, oglądając arię operową sprzed równo 60 lat. A jednak Maria z fenomenalnym wykonaniem fragmentu Normy sprawiła, że serce każdej osoby na sali zadrżało ze wzruszenia. Wiedziałam, że Norma zawsze była dla Callas wyjątkowa i cieszę się, że dzięki filmowi mogłam poczuć to w tak realny sposób. Książki są wspaniałe, pełne bogatej wiedzy, ale czasami nie wystarczą, aby oddać niektóre emocje. Jeśli natomiast zamierzacie wybrać się na Maria by Callas, to koniecznie polecam Wam przeczytać również książkę. Wideo jest krótszą formą, nieodzowne jest więc pominięcie niektórych smaczków, książka pomaga natomiast spojrzeć na historię z szerszej perspektywy.

A oto Callas w słynnym "Casta Diva" z Normy:



Cieszę się, że czytałam biografię Callas, bo dzięki temu lepiej rozumiałam relację śpiewaczki z mężem oraz głośny romans z Arystotelesem Onassisem. Pierwszy związek był bo był, drugi to niezwykła historia uczucia, którą swego czasu żyła cała Europa. Miałam jednak wrażenie, że dla osób bez książkowego zaplecza, ten związek nie został wystarczająco dobrze zarysowany.

Miłość zawsze sprawia, że kobieta rozkwita. Widać to wyraźnie w filmie, Maria była szczęśliwa jedynie z Onassisem. Trudno oceniać, czy było to uczucie wzajemnee w równym stopniu, ale wyraźnie wpłynęło na Callas. Po pierwsze, ona nigdy nie chciała robić kariery, pragnęła rodziny i spokojnego życia. Nie doczekała własnych dzieci, ale lata u boku greckiego milionera to przerwa w karierze i skupienie się na sobie i na swoim szczęściu. Fragmenty opisujące ten okres wręcz epatują spokojem i szczęściem. Jest też jeden drobny fragment, niemal na wszystkich materiałach z czasów przed poznaniem Onassisa, Maria ukrywa swoje uszy. Śmieszne miała te uszy, takie elfie. I chyba były jej sporym kompleksem, bo niemal zawsze były zasłonięte. Z wyjątkiem czasów związku z Arystotelesem, wtedy nagle pojawiło się mnóstwo nagrań wyluzowanej Marii, która jakby przejmuje się trochę mniej. To taka drobnostka, ale dla mnie też wskazówka, że ten związek rzeczywiście musiał mieć w sobie coś wyjątkowego, bo miłość i akceptacja ze strony drugiego człowieka zawsze pomaga w akceptowaniu samego siebie. Może w ich związku nie zawsze było kolorowo, ale szkoda, że Onassis nie był jednak księciem na białym koniu i zamiast miłości wolał robić interesy i ohajtać się z Jackie Kennedy... Zresztą totalnie bez sensu, bo i tak koniec końców wrócił do Marii. Szkoda mi też, że nigdy nie zostali małżeństwie i subiektywnie (to tylko moja opinia:P) rzecz biorąc, najważniejszą kobieta w jego życiu, była zawsze tą drugą :(

Jak widać, niektóre historie, szczególnie o miłości, nie starzeją się przez lata.Nawet jeśli minęło już ponad pół wieku i lata sześćdziesiąte to już tylko odległa historia. A skoro o latach sześćdziesiątych mowa, jest jeszcze jeden aspekt, który bardzo mnie zachwycił. Moda! Uwielbiam ubrania z tamtego okresu i jest to dla mnie definicja klasy i elegancji. Zachwycałam się widząc mężczyzn w smokingach i kobiety w przepięknych sukniach wystrojone z diamentowe kolie. Wspaniale się patrzy na takie obrazy, szczególnie, że żyjemy w czasach, gdy ludzie do opery zakładają swetry. Totalnie zakochałam się w sukni, którą Maria założyła na Bal Sylwestrowy w Monte Carlo w 1961.


Ostatnie sceny filmu oczywiście sprawiły, że gardełko się ściskało i wielu osobom z oczu poleciały łezki. Maria zmarła w wieku ledwie 53 lat. Cały czas planowała powrót na operową scenę, a jednak nie było jej to dane. Stephanie Beacham, która wcielała się w rolę Callas w przedstawieniu teatralnym, powiedziała kiedyś: Ona zmarła na złamane serce, trochę melancholijnie, trochę romantycznie, ale rzeczywiście, przeżyła swojego ukochanego ledwie o dwa lata, pomimo niemal dwudziestoletniej różnicy wieku.

Sami widzicie, jak niezwykła jest historia Callas. Ironicznie twierdząc, niekiedy równie dramatyczna, ale znacznie bardziej ciekawa, niż te historie, które odtwarzała na deskach oper. Maria Callas to postać legendarna i polecam każdemu, ale to każdemu, żeby obejrzał ten film. Długo nie zobaczycie lepszego :):)

Dajcie znać czy widzieliście film lub czy się wybieracie :)

Polecam,

Wasza callasomaniaczka M.

Maria by Callas, czyli najlepszy film jaki w życiu widziałam