wtorek, października 17, 2017

Źródło: Materiały prasowe Teatr Muzyczny Roma

Już dawno żaden spektakl nie wzbudził tylu emocji co najnowsza produkcja Romy.  Zewsząd słyszałam deklaracje znajomych, że zamierzają jak najszybciej zobaczyć Pilotów, a przecież od premiery minął ledwie tydzień!

Nie o tym jednak, ja też bardzo chciałam zobaczyć Pilotów. Wybrałam się więc na ten spektakl w minioną niedzielę: zakaszlana, zasmarkana i ogólnie w kiepskim stanie zdrowotnym. Ryzykowałam życie. A przynajmniej zdrowie. Myślicie, że było warto? Zdecydowanie tak!

Głównymi bohaterami są: pilot Janek i jego ukochana, aktorka i śpiewaczka Nina. W jednej z pierwszych scen jesteśmy świadkami zaręczyn tej pary. Naszym bohaterom towarzyszymy od ostatnich dni lata 1939. Najpierw świętujemy z nimi radość zaręczyn, a następnie obserwujemy jak rozdziela ich wybuch wojny. Czy rozliczenie kochankowie jeszcze się spotkają? Na odpowiedź na to pytanie musimy czekać bardzo długo ;) Zanim jednak potencjalne spotkanie, czeka nas wiele uczuciowych zawirowań. Na scenie zaobserwujemy całe spektrum najróżniejszych emocji, od ogromu miłości i radości po największy smutek i strach.

Podczas spektaklu, gdy na scenie zawył alarm, poczułam rzeczywisty strach o naszych bohaterów. przez chwilę mogłam cofnąć się kilkadziesiąt lat wstecz i poznać emocje, które dla ludzi z tamtego okresu były niemiłą codziennością.

W Pilotach jest też mnóstwo miłości. Miłości, która, aż rozczula serce. Bo jak tu się nie rozczulać gdy niedobry Niemiec kocha Polkę tak bardzo, że jest w  stanie wybaczyć jej nawet to, że jest dla niej jedynie źródłem informacji #romantyczka #cudo

Jeśli chcecie poruszyć swoje zatwardziałe serduszka, koniecznie wypróbujcie Pilotów.

Mówiąc o spektaklu w Teatrze Muzycznym nie możemy pominąć najważniejszego - muzyki. Główne ścieżki tematyczne musicalu są bardzo przyjemne. Podejrzewam, że każdemu spodoba się uroczy i romantyczny utwór "Nie obiecuj mi". W zasadzie słuchałam tego utworu oczekując na wizytę w teatrze i wyznam Wam, że w momencie, gdy usłyszałam go na scenie, tekst znałam już na pamięć.  Mnie zachwycił też motyw z tytułowej piosenki "Piloci". Jest żywo, dynamicznie i tak wojskowo. Czterej piloci cieszą się, że zostali przyjęcie do Brytyjskich Sił Powietrznych.
Bardzo bym się cieszyła, gdyby w spektaklu było więcej takich melodii, gdyż trochę brakowało mi weselszych utworów. Dużo było nostalgicznych utworów, ale trudno oczekiwać ich w spektaklu mówiącym o wojnie.
Ogólnie przekrój muzyczny w spektaklu jest niesamowity, mamy trochę kabaretu, ociupinkę rocka, a nawet hip-hop (mi to zaleciało Hamiltonem ;)

Niezmiennie podziwiam też aktorów i tancerzy że są w stanie tak doskonale zapamiętać skomplikowane teksty i choreografię. Trzeba przyznać, że choreografia w Pilotach jest perfekcyjna. Ja podejrzewam, że opanowanie jedynie układu do pierwszej piosenki zajęłoby miesiące. A tutaj jest tych scen wiele, wiele więcej! Prawdziwy szacun!

Równie wielki podziw budzi scenografia spektaklu. patrząc na misternie przygotowane dekoracje poczułam się jakbym była na West Endzie! Prawdziwie światowy poziom. Zachwyciła mnie scenografia towarzysząca występowi Niny w kabarecie z piosenką Jestem iskrą.
Mnie podobały się nawet obrazy w tle poszczególnych scen, bardzo dobrze oddawały klimat Warszawy, Paryża czy Londynu. Mówiąc o scenografii nie można pominąć pięknego, czerwonego autka oraz jednego z najważniejszych elementów spektaklu - repliki samolotu Hurricane!

Teatr Roma od zawsze słynie ze wspaniałych efektów specjalnych. Nie inaczej jest w przypadku Pilotów. Efekty specjalne są powalające. Twórcom udało się doskonale przedstawić sceny bitw w powietrzu. Są emocje kochani! Bardzo przejmująca jest również scena z Hitlerem, miałam wtedy ciary. Jeśli zasiadacie w pierwszych rzędach - spodziewajcie się również efektów pirotechnicznych - będzie fajnie.

Jest jeszcze jedna ogromna zaleta tego spektaklu - to nie jest musical zza granicy, to autorska produkcja! Dodatkowo produkcja, która opowiada wspaniałą historię, historię bohaterów, którzy współcześnie nie są bardzo znani. A szkoda, ja sama chyba spróbuję sięgnąć po lekturę z tej kategorii (chociażby Dywizjon 303). Warto też zwrócić uwagę, że Piloci to pierwszy polski musical Romy kierowany do dorosłej publiczności.

Ogólnie Piloci to dla mnie źródło niezmiennie dobrego humoru. Humoru, który utrzymuje się już od ponad 2 dni! Spacerując ulicami Warszawy na myśl przychodzi mi jej przedwojenny obraz przedstawiony w musicalu i od razu lubię ją jakoś bardzo. Szczególnie, gdy pogoda jest tak piękna.

A Wy wybieracie się na Pilotów? A może już widzieliście? Jeśli tak, jak wrażenia? Dajcie znać!

A tymczasem przesyłam Wam moc całusków,


Wasza rozmarzona melomanka M.

Ryzykowałam życie, żeby pójść na ten spektakl, myślicie że było warto?

sobota, października 14, 2017


Znamy się już nie od dziś i doskonale wiecie, że nie podróżuję zagranicę zbyt często. Zdaje się, że ostatnią destynacją spoza granic naszego kraju, jaką tutaj opisałam, był Paryż w... 2015 roku!

Dlatego też jestem niesamowicie szczęśliwa, że miałam okazję zobaczyć Pragę!

Słyszałam wiele opinii o tym mieście, jeszcze zanim je odwiedziłam. Uważam jednak, że żadna nie oddała w pełni charakteru tego miasta. 

Praga do dla mnie miejsce pełne sprzeczności, które jednak składają się na niepowtarzalny klimat miasta. Wystarczyło mi jedno popołudnie, aby zakochać się w tym mieście! Wiem, że jest tam niesamowicie dużo możliwości i jestem pewna, że jeszcze tam wrócę! 

Początki osadnictwa na terenie obecnej Pragi sięgają 500 roku przed naszą erą! Imponujące średniowieczne budowle to natomiast zasługa pierwszej dynastii rządzącej Pragą - Przemyślidów. Na początku XIV wieku krajem zaczęli władać Luksemburgowie. Następnie zaś, po kilku wojnach i okresie rządów Władysława II Jagiellończyka, miasto przeszło we władanie Habsburgów. Efekt tej długiej i dosyć łaskawej historii? Niesamowita architektura. Praga jest doprawdy przepiękna, a potwierdzeniem tej tezy było wpisanie centrum miasta na listę światowego dziedzictwa UNESCO. 

Zamek Hradzany, Praga
Zamek Hradczany, jest największym na świecie zamkiem pod względem zajmowanej powierzchni

Wyobraźcie sobie, że żyjecie na co dzień wśród tej niesamowitej i przywodzącej na myśl potęgę minionych wieków architektury! Cudowne, ale pewnie też budzące pokorę uczucie, przynajmniej dopóki się nie przyzwyczaimy. 

Piękna architektura jest zdecydowanie doskonałą oprawą dla sztuki. Uwielbiam sztukę niemal w każdej formie: opera, teatr, kino, muzyka, wystawy - to wszystko sprawia mi zawsze wielką radość. 
Byłam zachwycona, widząc jak wiele w tym aspekcie oferuje Praga. Od doskonałego grajka na Moście Karola, poprzez ulicznych artystów, małe teatry ukryte w miejskich kamienicach i afisze z "Mamma mia", aż po budzącą podziw Operę Narodową. Nieustannie odwracałam głowę, aby chłonąć te wszystkie widoki, emocje i kolory. Niesamowitość milion! 

Wydaje się, że imponująca architektura i wszechobecność sztuki mogą uczynić miasto lekko snobistycznym. A jednak nie. To miasto ma wiele twarzy, dlatego jest takie niezwykłe. 

most karola, wołtawa, czechy, praga, podróże
Tuż przed wejściem na słynny Most Karola

most karola, czechy, praga, podróże
Most Karola - trochę rzeźbiony, trochę zatłoczony

A tu jeszcze widok z Mostu Karola

Okazuje się, że kiedy przetrawimy już zachwyt budownictwem i artystą na każdym rogu, zauważymy kolejny praski fetysz - tajskie masaże. Serio, takie masaże oferowano niemal w co drugim budynku! A formy zachęcania przechodniów? Widziałam kobiety w tradycyjnych tajskich (?) strojach, ale żeby było bardziej szokująco i niekonwencjonalnie - widziałam również Pokemony zachęcające do szybkiego masażu. Odmówisz Pikaczu? 
Jeśli akurat nie macie ochoty na masaż, zawsze możecie też przejechać się zabytkowym samochodem po ulicach miasta. Biedne samochody, muszą parkować jeden obok drugiego, toteż niekiedy zdarzają się stłuczki - na przykład gdy ja przechodzę obok (a może to nie była kwestia braku miejsca do zaparkowania, jak myślicie?). 

Pika, pika, skusisz się? 

Praga jest też lekko perwersyjna. Bez problemu możemy tam zakosztować substancje, które w naszym kraju nie są tak łatwo dostępne. Przykładowo, smakołyki z dodatkiem.. marihuany. Sklepowe półki, aż uginają się od takich produktów. Czechy to też przecież legendarny Absynt. W Polsce można oczywiście kupić absynt, ale czy jest on taki jak czeski, cóż chyba wszyscy nie mamy wątpliwości, że nie. Jeśli liczymy na spotkanie z Zieloną Wróżka, to zdecydowanie wypróbowałabym wersji czeskiej. Ale nie wypróbowałam. Zaliczam to więc do niespełnionych jeszcze marzeń i traktuję jako bardzo ważny argument za ponownym odwiedzeniem Pragi. 

Praga, wieża Henryka
Wszystko tam było taaaakie wysokie!

Wiecie, początkowo Praga mało mi się spodobała. Zaparkowaliśmy gdzieś na obrzeżach. Toalety w metrze nie miały zamków, a biletomat nie przyjmował gotówki. Zaleciało więc trochę latami 90. Potem zabłądziliśmy, więc nadal nie było fajnie (koniecznie zabierzcie ze sobą kogoś, kto naprawdę zna się na mapie). Restauracja w której jedliśmy była koszmarna, jedzenie słabe, a kelner nieuprzejmy. Sama się sobie dziwię, że pomimo złego początku, tak bardzo zauroczyło mnie to miasto.

metro, praga, czechy
Niby takie nowoczesne, a toaleta straszy ;)

Przy kolejnej wizycie muszę więc koniecznie nadrobić też wrażenia kulinarne. Wiem, że Czechy słyną również z piwa, ale ja osobiście średnio lubię ten trunek i tamtejsze specjały, przynajmniej te, których miałam okazję spróbować, mnie nie przekonały. 

Praga, Stare miasto, architektura
Tłoczno, ale pięknie :)

Jaka więc jest Praga? Piękna? Kulturalna? Szalona? Perwersyjna? Lekko na haju? 

Byliście już w Pradze? Dajcie znać, czy się Wam podobało!!

Wasza po uszy zakochana w tym mieście M.

Monumentalna architektura, Absynt i Pokemony, czyli niezwykła Praga

poniedziałek, października 09, 2017

romans, miłość, szczęśliwa miłość, szczęśliwy związek, zakochanie, harlequin

Jeśli szukacie recepty na poprawę humoru - dobrze trafiliście. Ja mam dla Was doskonały sposób, dużo prostszy niż w jakichś poradnikach o wychodzeniu z niemocy i biorąc pod uwagę aktualną pogodę, bardzo przydatny. Czego więc potrzeba przeciętnemu zjadaczowi chleba, aby przegonić swoje życiowe chmury i przywołać lato i uśmiech na twarzy?

Romansu!

A jeśli akurat nie macie nikogo do romansów w zanadrzu, co pozostaje? Substytut w postaci romansów w książkach.

Niestety, nie każdy Harlequin jest dobry, ale nie martwcie się, ja wam powiem, co powinien zawierać dobry romans!

W celu zniwelowania konieczności stosowania nadmiernej ilości zaimków, niczym w szekspirowskim dramacie, od razu przedstawię wam poszczególne osobowości - alegorie - występujące w każdej idealnej lekturze: Pan Ciacho - nasz główny bohater, Ukochana - to ją ma pokochać Ciacho i kropka, Zołza - zła kobieta, która próbuje zdobyć serce i portfel naszego Ciacha, Ten Drugi - on nie ma szans, ale ktoś musi robić sztuczny tłok.

  • Po pierwsze, bardzo dobrze, gdy droga do miłości nie jest szalenie prosta. Przykładowo, na początku, nasi bohaterowie mogą się nie lubić, lub mieć już za sobą bolesne doświadczenia i bać się zaufania drugiej osobie.
  • Po drugie, kluczowe jest, aby w naszej relacji był jakiś trójkąt. Najbezpieczniej jest, gdy obok naszego Ciacha kręci się dwie kobiety, przeznaczona mu Ukochana - dobra i miła oraz Zołza - której na nim tak na prawdę nie zależy, bo najczęściej liczą się dla niej jedynie pieniądze. Otóż, ta zła, bo możecie być pewnie, że od pierwszej strony autor dopilnuje, abyśmy ją tak postrzegali, umyślnie krzywdzi naszą dobrą Ukochaną, która jednak znosi to z godnością. Nie skarży się i ukrywa łzy. To ukrywanie łez też nie zawsze jej wychodzi, ale dziwnym trafem, zwykle nie potrafi ich powstrzymać jedynie przy Panu Ciacho, w jego objęciach lubi sobie okazjonalnie połkać. 
  • Kiedy już nasz Pan Ciacho przygrucha sobie tę złą kobietę, nasza bohaterka nie powinna pozostać mu dłużna. Jednak, mężczyzna, którego znajdzie sobie nasza bohaterka nie jest nigdy zagrożeniem - ona od początku nie darzy go uczuciem i każdy z nas od początku powinien traktować go z przymrużeniem oka i tak jest z góry przegrany w tej walce. Ale jest jedna osoba, w której Ten Drugi na pewno wzbudzi zazdrość, oczywiście mowa o Panu Ciacho. I naturalnie, nasi panowie nie powinni przepuścić żadnej okazji, aby się lekko poobijać.  
  • Jeśli chodzi o Pana Ciacho, też nie należy pominąć kliku kluczowych kwestii. Otóż, zawsze musi mieć on jakąś wyróżniającą cechę. Zwykle jest przystojny i męski. jeśli nie jest przystojny to i tak musi być męski, ale wtedy warto dać mu coś w gratisie, np. zna sztuki walki, jest byłym komandosem albo super ratownikiem górskim. Tutaj mam nawet przykład, pan Ciacho nie jest przystojny, ale gdy w górach rozbija się samolot z jego Ukochaną, zupełnie przypadkiem, jest on jedyną odpowiednio wykwalifikowaną osobą, mogącą ją uratować. Tak oto wyrusza w samotną misję ratunkową. Innym razem pan Cicho uratuje swoją porwaną Ukochaną. Jest jeszcze jedna żelazna zasada przy tworzeniu głównego bohatera - twarde mięśnie i sześciopak, przecież ludzie nie zechcą czytać o panu z piwnym brzuszkiem! 
  • A jaka powinna być nasza główna bohaterka? Ładna i koniecznie z długimi włosami. Teoretycznie, powinna być chudziutka, a jeśli na początku powieści chuda nie jest, to heloł, ma przecież sto stron, żeby schudnąć. Bo grube nie są w romansach do kochania. Ukochana bywa też niekiedy uparta. Inne cechy? W wielu powieściach jest ona młodsza od naszego Pana Ciacha o kilkanaście lat i najlepiej niedoświadczona, ale to jest mankament romansów. W Harlequinie idealnym nie ma dużej różnicy wieku i nikt nie roztrząsa czy bohaterzy mają bujną czy nie bujną historie łóżkową.
  • Co jest jeszcze ważne dla tworzenia Ukochanej w każdej liczącej się powieści romantycznej oprócz ciągłych upokorzeń ze strony Zołzy? Standardowo, naszej bohaterce powinno się przydarzyć coś złego, aby Pan Ciacho zrozumiał jak bardzo mu na niej zależy, klika przykładów na szybko: Ukochana osłania Pana Ciacho przed strzałem, wspomniany już wcześniej rozbity samolot, Ukochana zostaje pobita, Ukochana zostaje porwana, Ukochana jest maltretowana przez okrutnego ojca/ojczyma, Ukochanej złoczyńca grozi nożem, Ukochana omal nie pada ofiarą seryjnego mordercy. Przykłady można mnożyć w nieskończoność, ale chyba już wszyscy wiemy jaki jest schemat.
  • Ogólnie, nie ma dobrej powieści romantycznej bez odrobiny niebezpieczeństwa. A sam poziom niebezpieczeństwa zależy jedynie od kunsztu pisarza - nawet poszukiwanie zaginionego cielaka może mieć w sobie nutkę niebezpieczeństwa, wystarczy, że będzie zima i mroź i do domu daleko.
  • Dobrym rozwiązaniem jest też, gdy nasz Pan Ciacho ma w sobie odrobinkę jaskiniowca. Powie Ukochanej "Nie możesz tego robić, bo jesteś MOJA". I jeśli, przykładowo, nasza panienka znalazła pracę w miejscu, które mu się nie podoba, to weźmie ja na ręce i wyniesie z tego miejsca (stąd restrykcyjne ograniczenia wagowe dla ukochanej). Wiadomo, każda panna lubi nutkę dominacji.
  • I oczywiście najważniejsze, w każdym romansie powinien być ślub. Bo wyznania dozgonnej miłości, wyznaniami, ale najlepiej, kiedy jednak obrączka jest już na paluszku.

Zapewniam Was, że przeczytanie powieści spełniającej wszystkie powyższe warunki może przełożyć się na dobry humor i sporą dawkę śmiechu, wystarczy tylko trochę dobrego podejścia. I pamiętajcie, nic na poważnie!

A teraz przyznać się, jaki tytuł czytaliście ostatnio?

Pozdrawiam,

Wasza bujającą w różowych obłokach M.

Niebezpieczeństwo, namiętność i wielka miłość, czyli ja w świecie romansów

środa, września 27, 2017


Jakiś czas temu, zupełnie przypadkiem, w moje ręce wpadło podwójne zaproszenie na film The Square. Przyznam, że plakat nie wyglądał jakoś szczególnie, mężczyzna stojący na stole, nic porywającego. Przekonała mnie jednak informacja, że film jest tegorocznym zdobywcą Złotej Palmy w kategorii Najlepszy film. Postanowiłam zaryzykować.

I muszę oficjalnie przyznać, że jest to jeden z najlepszych filmów jaki widziałam ostatnimi czasy!

O czym jest The Square?

Cóż, to nie jest historia, która można streścić trzema prostymi zdaniami. Fabuła w tej produkcji to nie tylko dialogi, są sceny, które posuwają akcje do przodu, ale jedynie dzięki obrazowi. 

Jeśli w tym momencie zaczęliście mieć poważne wątpliwości lub problemy ze zrozumieniem co mam na myśli, pozwólcie, że przedstawie Wam tło całej historii.

Otóż naszym głównym bohaterem jest Christian, dyrektor Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Muzeum właśnie przygotowuje się do otwarcia nowej wystawy, The Square. Pierwsza instalacja, zamontowana przed muzeum to kwadrat, wewnątrz którego każdy człowiek jest równy i w tej przestrzeni każdy zasługuje na taką samą troskę i pomoc. Wystawa jest punktem wyjścia. Ogólnie przez cały film obcujemy ze sztuką. I to do tego stopnia, że momentami czułam się jakbym realnie brała udział w tym performance.

Nasz bohater jest trochę egocentrykiem, ma o sobie wysokie mniemanie, ale jednocześnie ma w sobie pewną wrażliwość i nie potrafi przejść obojętnie wobec osób potrzebujących pomocy. 



Człowieczeństwo. Wydaje mi się, że jest to temat tak skomplikowany i wieloaspektowy, że jeśli zechcemy podjąć się analizy człowieczeństwa w aspekcie The Square, to każdy będzie miał własną interpretację i zajmie inne stanowisko. 

W filmie bardzo podoba mi się żart. Moi drodzy, to jest komedia. Nie chodzi tutaj jednak o żart słowny,w  filmie jest mnóstwo żartów sytuacyjnych. jedna z najzabawniejszych scen dotyczy prezerwatywy. 

Zachwyciły mnie też sceny typowo prosto z muzeum.W pewnym momencie poczułam, ze ta wystawa w realnym życiu byłaby świetna i byłam pewna, że bardzo by chciała na nią pójść.

Jeszcze lepiej było wówczas, gdy pojawił się pan z plakatu. Ja poczułam się tak jakbym była tam razem z bohaterami filmu. Mam wrażenie, że ta sytuacja to istny ewenement i nigdy wcześniej mi się nic takiego nie przydarzyło. Uważam, że jest to miara niezwykłego kunsztu twórców filmu.

Bardzo podobały mi się też liczne naturalistyczne sceny. Zbliżenie na człowieka i powoli, mozolnie wykonywana czynności. Zachwycające. Skupiamy się na człowieczeństwie, co dla mnie było nieodłącznym elementem tego filmu. 

The Square to dzieło nieszablonowe i bardzo się ciesze, ze miałam okazje je zobaczyć :) Z radością ponownie wrócę do tego filmu :) Wam również gorąco go polecam.

Całuski,
Wasza miłośniczka sztuki i dobrego kina - M.


PS. Co jeszcze może być miarą dobrego filmu? Tłumy w kinie. Na wczorajszym seansie sala była wypełniona po brzegi. W niedziele podczas Kingsam było zaledwie około 20 osób :)

The Square - film, jakiego nie widziałam od dawna

niedziela, września 24, 2017



Jeśli śledzicie moje Instastory to pewnie wiecie, że mój beret (hit sezonu, wiadomo!) strasznie lubi kulturę. Byliśmy ostatnio w teatrze, a dziś beret poczuł wielka nudę i stweridził, że pora zafundować sobie troszeczkę dobrej zabawy, poszliśmy więc do kina. Na najciekawszą premierę tygodnia - Kingsman; Złoty Okrąg. Czy warto?

Warto!!

Nie szukajcie w Kingsman głębokiej fabuły i rozbudowanych psychologicznych kreacji bohaterów. To nie jest produkcja skłaniająca do głębokich przemyśleń, jej celem jest zapewnienie widzom znakomitej zabawy i sprawdza się w tym znakomicie :)

Pierwsza cześć Kingsman była świeża i nowoczesna, a w tym przypadku twórcom udało się otrzymać poziom i Złoty Okrąg jest bardzo dobrą kontynuacją.  

Nasz główny bohater, Eggy, nadal rozwija karierę tajnego agenta, znalazł też dziewczynę, co ciekawe, dziedziczkę jednego z europejskich tronów. Spraw komplikują się lekko, kiedy zostaje niespodziewanie zaatakowany przez dawnego współpracownika, który na dodatek jest wyposażony w nowoczesną protezę dłoni rodem z Terminatora.

Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, kiedy niemal wszyscy członkowie Kingsman zostają zaatakowani i unicestwieni. Przy życiu zostają jedynie Eggsy i Merlin. Konieczne jest wiec wdrożenie protokołu kryzysowego. A co się za nim kryje? Butelka whiskey prosto z Kentucky.

Po kilku przejściach nasi bohaterzy trafiają do siostrzanej agencji - Statesman.
Wkrótce dowiadują się też kto stał za atakiem - to szefowa potężnego kartelu narkotykowego Poppy, która postanawia doprowadzić do legalizacji narkotyków, przy okazji narażając na śmierć kilkaset milionów ludzi. Ale to nie jedyne jej przewinienie, w dodatku porwała biednego Eltona Johna!

I wtedy dopiero zaczyna się dziać!

Najważniejsza rozkmina filmu? kto jest bardziej seksowny, nieskazitelnie eleganccy brytyjscy dżentelmeni ze swoim niesamowitym akcentem, czy bezczelni amerykańscy kowboje zarabiający krocie na produkcji alkoholu i przechodzący się w stetsonach? Ja chyba mam swój typ, a Wy?

Nie jestem jakaś wielką fanką Chaninga Tatuma, ale w roli agenta Statesman wypada świetnie. Podobnie zresztą jak Pedro Pascal i Jeff Bridges.

Jedną z największych zalet filmu są oczywiście efektowne sceny walki. Ot, ja po prostu uwielbiam akrobacje, szalone wymachiwanie lassem (akrobacje+lasso) i zmieniające się tempo akcji, tu przyspieszenie, tu zwolnienie, wszystko w najwyższej jakości, po prostu cudo! Podejrzewam, ze przy odpowiednim montażu nawet obieranie ziemniaków mogłoby być fascynujące.



Trochę raziła mnie natomiast kwestia narkotyków w filmie. Poppy zaraziła miliony ludzi wirusem, ale narkotyki to przecież nie chleb, każdy powinien mieć świadomość, że ich zażywanie to ryzyko. Tymczasem prezydent zostaje aresztowany za to, że nie chciał ich ratować, a jego następczynią zostaje jedna z zarażonych, która nie jest w stanie "pracować 20 h dziennie bez dopalaczy". Jak dla mnie to trochę słaby przykład dla młodzieży, która na ten film się wybierze. Serio? Bierzesz narkotyki, zarażasz się jakimś śmieciowym wirusem, szef nie chce poświęcać kraju, aby cię ratować i ostatecznie okazuje się, że to właśnie on jest tym złym. Bo w narkotykach nie ma nic złego. W zasadzie to może nawet trzeba było sie zgodzić na warunki Poppy, zawsze to wysokie wpływy z podatków...

Poza tym, miałam lekkie zastrzeżenia do poziomu żartu w niektórych momentach. Bywało niesmacznie. Szczególnie, gdy Poppy uruchomiła swoją fancy maszynke do mięsa. W filmie pada zdanie "Maniery czynią mężczyznę". Byłoby miło, gdyby scenarzysta też się tego trzymał, bo żarty na poziomie najgorszego amerykańskiego szmelcu nie przystają w produkcji z taką obsadą.

Zastanawia mnie cały czas, kto jest tak naprawdę zwierzchnikiem Kingsmanów. W zasadzie chyba nikt, postępują według własnego sumienia / egoistycznych pobudek i może dojść do sytuacji, że zginie ktoś, kto nie jest zły, a jedynie ma inne poglądy.

Jeśli jednak nie bedziecie za bardzo analizować, podejdziecie do Kingsman z dobrym nastawieniem i macie wysoki poziom tolerancji na obrzydliwości, to zapewniam Was, że wyjdziecie z filmu zadowoleni z wielkim uśmiechem na twarzy, podobnie jak ja.

Beret przed wizytą w kinie


PS. Wiecie, że Statesman maja pseudonimy od alkoholi? Już ich za to lubię :P
PS2. Dla mojego berecika kultura jest niczym tanie podniety, więc może jeszcze coś ogarnę this week, czekajcie na recenzję żabunie <3


Wasza właścicielka szalenie kulturalnego bereciku M.

Angielscy dżentelmeni, kowbojskie whiskey i tradycyjne ratowanie świata w nowym Kingsman