środa, września 09, 2015

Blackout. Europa w ciemnościach.

Blackout, ksiażka, recenzja, Marc Elsberg

Jedna po drugiej, elektrownie odłączają się od systemu. Parę godzin i pada cały system elektroenergetyczny Europy. Miliony ludzi zostaje bez prądu. Kiedy sytuacja się przedłuża zaczyna brakować wody, jedzenia czy benzyny. Rozpoczyna się walka o przetrwanie. I tylko jeden człowiek może temu zapobiec, włoski haker Piero Manzano.

W ten sposób można pokrótce przedstawić fabułę książki Blackout. Kryminał Marca Elsberga umieściłam wśród 5 książek na lipiec, jednak dopiero niedawno udało mi się przez niego przebrnąć. Przed zakupem przeczytałam i usłyszałam kilka pozytywnych recenzji, dlatego czuję się trochę oszukana. Książka nie jest tak dobra, jak zapowiadano.

Początkowo, podchodziłam do Blackoutu bardzo entuzjastycznie. Scenariusz masowej awarii zasilania wydawał mi się dosyć ciekawy, szczególnie mając w pamięci niedawne obawy, że do czegoś takiego mogłoby dojść w Polsce. Niestety autor tak bardzo starał się zapełnić kilkaset stron, że rozbudował swoją wizję do absurdalnych rozmiarów. Powiedzcie mi, gdyby dzisiaj zabrakło prądu, to myślicie, że nagle stanęłyby wszystkie polskie auta? W książce większość stoi, awaria trwa kilka tygodni i nikt nie jest w stanie uruchomić pomp na stacjach benzynowych. Dodatkowo, wszyscy wiemy, że kuchenki działają tylko i wyłącznie na prąd, a jeśli nie masz w domu kominka, to nie ma szans na ogrzewanie (chyba, że ognisko w mieszkaniu, serio, takie sceny pojawiają się w książce). Jednocześnie, gdy ludzie umierają z głody czy zimna, bohaterzy naszej książki, mogą nawet korzystać z Internetu. Ot, typowa sytuacja.

Wróćmy do tych bohaterów, wiecie, że narracja jest prowadzona chyba przez więcej postaci niż w Grze o tron? Zagubiłam się już około setnej strony i do końca nie odkryłam, kto jest kim.

Jak wspomniałam głównym bohaterem jest Piero, dzielnie wspiera go dziennikarka Lauren Shannon. O ile postać Piero jest jeszcze do zaakceptowania, Shannon nie mogłam znieść. Moi drodzy, ta kobieta to geniusz, wystarczyło jej pół strony zwykłego, sąsiedzkiego dialogu i już wiedziała, że dzieje się coś złego i pora przeprowadzić śledztwo. Potem, razem z Piero, stwierdziła, że skoro dzieje jest tak źle, ludzi trzeba poinformować, przecież oni wszyscy się wspierają, a jej newsy na pewno pogłębią to braterstwo. Wiadomo, ludzie uwielbiają się bratać w sytuacji, kiedy brakuje pokarmu. A wiecie, co jest najgorsze, jeśli już autor pokazał ją, jako taką bystrą, to, dlaczego w połowie książki na chwilę traci ten rozum? Musi pozwolić się okraść i przedłużyć fabułę.

Wszystkie postaci w książce są przedstawione bardzo płytko. Zwyczajnie mówiąc, są płytsi niż woda w kałuży.

Dodatkowo fabuła strasznie się dłuży, mówię wam, trzeba było zapełnić wiele stron i tak wyszło. Autor dorzucił wszystkiego po troszeczku. W powieści nie ma nic nowatorskiego, typowa, schematyczna konstrukcja, narracja podzielona niczym sceny w filmie, a do tego kulminacyjny moment jest wręcz sztampowy.

Takich niedociągnięć było mnóstwo, ale nie chce was tutaj zanudzać. Plusem książki jest to, że autor na pewno odwalił kawał roboty, zrobił dobry rekonesans pod względem technicznym. Opisy elektrowni są fajne, a przyrównanie systemu elektroenergetycznego do układu krwionośnego człowieka, to świetny pomysł. Blackout to też dużo informatyki. Niestety, jeśli nie znacie się zbyt dobrze na tej dziedzinie, książka może okazać się nużąca.

Podsumowując, jeśli chcecie poczytać kryminał z  ciekawym pomysłem, nudną fabułą i mnóstwem zagadnień technicznych, to polecam. Jeśli nie lubicie przesadzonych tekstów, to odpuścicie sobie Blackout. Trzeba wiedzieć, kiedy skończyć. Dlatego ja też kończę! Paaa!

Blackout, książka, recenzja, Marc Elsberg