poniedziałek, lutego 01, 2016

5 powodów, dzięki którym pokochacie Mozart in the Jungle


Od dawna nie byłam zauroczona serialem w takim stopniu, jak po obejrzeniu Mozart in the Jungle. Zostałam wierną fanką już po pierwszym odcinku. Przyznam, że w drugim sezonie, akcja staje się momentami dosyć przewidywalna, jednak rekompensatą są świetne postaci drugoplanowe i epizodyczne. Nie zrażam się więc, wam też nie polecam (zrażania, nie serialu). Zdradzę Wam sekret, to była miłość od pierwszego usłyszenia. Zgadza się, zaledwie poznałam fabułę, już wiedziałam, że jest dla mnie stworzony. Za co pokochałam Mozart in the Jungle? Przekonajmy się!

1. Krótkie odcinki 

Większość producentów wychodzi z założenia, że dłuższy odcinek to lepsza jakość. Nie skaczemy po łebkach, wszystko jest pięknie zrealizowane, a każda scena idealnie dopieszczona. Zapominają tylko, w jakim społeczeństwie obecnie żyjemy. Zabieganym, wiecznie spóźnionym. Niby tacy ludzie mają czas na oglądanie godzinnych odcinków? Ja w każdym razie nie mam, a perspektywa 60 minutowego epizodu rzadko mnie cieszy. Tymczasem przeciętny odcinek Mozart in the Jungle trwa zaledwie pół godziny! Idealnie. Scenarzyści muszą trzymać dobry poziom, żeby stworzyć coś dobrego z takim limitem czasowym. Efekt jest świetny, a napisy końcowe są dla mnie każdorazowo wielką niespodzianką. Przez bite 30 minut gapię się zafascynowana w ekran. To nie zdarza się często, w zasadzie prawie nigdy, brawa dla twórców!

2. Główną bohaterką jest oboistka

Obój? Macie pojęcie, ze wcześniej nawet nie zdawałam sobie sprawy z istnienia takiego instrumentu ^_^?

3. Wyważone poczucie humoru.

Serial zaklasyfikowano, jako komedię. I słusznie. Przemawia za tym lekki ton i niezobowiązująca fabuła. Postaci nie są przerysowane, ale charakterystyczne, idealne do dobrej komedii. Dużą zaletą serialu jest brak wątpliwej jakości żartów, humor jest na poziomie. Jest śmiesznie, a twórcy unikają słabych gagów sytuacyjnych, czy poczucia humoru rodem z amerykańskich komedii (czyli dennego). Głupi nie znaczy śmieszny. Albo znaczy. Przede wszystkim, za dużo głupich żartów, w przeliczeniu na minutę, nigdy nie będzie zabawne.

4. Rodrigo

Ekscentryczny dyrygent to jeden z największych walorów serialu. Nie tylko estetyczny. Rodrigo jest zabawny, czasami wybuchowy i bardzo lubi swoją pracę. I yerba mate. A to równie ważne. Aha, pochodzi z Meksyku i brzmi jak typowy imigrant. Hiszpański zawsze spoko.

5. Muzyka klasyczna

Serial pokazuje zupełnie inne oblicze muzyki klasycznej. Jest tętniąca życiem, inspirująca i fascynująca. Oczarowuje. Zachwyca. W jednym z pierwszych odcinków Rodrigo stwierdza, że Hailey gra „krwiście”. Wydaje mi się, że to słowo idealnie oddaje ducha muzyki klasycznej w serialu, wreszcie przestaje być nuda. Jest krwista. 

Wielką gafą z mojej strony byłoby pominięcie udziału Bernadette Peters w obsadzie. Znana aktorka teatralna i piosenkarka, siedmiokrotnie nominowana do nagrody Tony, prawdziwa legenda na Broadwayu. Na pewno ją znacie. Ma kręcone włosy, kolor rudy. 

Widzieliście chociaż jeden odcinek? Jak wrażenia? :)