piątek, maja 06, 2016

Dwudziestolatek w wielkim mieście, czyli o życiu w Warszawie

dwudziestolatek, miasto, wielkie miasto, z miasta na wies, studia w miescie, studia w warszawie, jak studia zmieniaja człowieka, studiowanie w stolicy, studiowanie w warszawie, zaduch, marta szarejko
Przeczytałam niedawno książkę Marty Szarejko Zaduch. Jest to zbiór rozmów / reportaży z osobami, które zdecydowały się wyjechać z małych miejscowości i zamieszkać w stolicy. Sama przeszłam taką drogę. Stwierdziłam, że tematyka jest interesująca i dzisiaj opowiem Wam moją historię. Byłabym niezmiernie szczęśliwa, gdyby znalazły się inne osoby chcące przedstawić własne doświadczenia.

Zaduch to historia trzydziestolatków. Może to jedynie szczegół, ale wydaje mi się ważny.

Wychowałam się na lubelskiej wsi. Od dziecka lubiłam czytać książki. Nie była to zresztą zbytnio ambitna lektura. Głównie powieści przygodowe, fantastyka albo romanse. Nadal są to moje ulubione gatunki. Oczywiście w międzyczasie sięgnęłam po ambitniejszą lekturę, ale głębokie historie wywołują u mnie niemal stany depresyjne.

Tak więc lubiłam czytać. Lubię czytać. Na czytaniu spędzałam większość czasu, potrafiłam spędzić w książkach całe dnie. Podejrzewam, że to właśnie one są odpowiedzialne za moją dużą wadę wzroku (zdrajczynie).

Od dziecka wpajano mi też etos pracy. Nie, nie pracy fizycznej. W 2000 dostałam taki śmieszny pamiętniczek dla dzieci, z Tarzanem, do tej pory pamiętam wierszyk Dziadka: Ucz się i pracuj, a dojdziesz do celu, bo takim sposobem doszło już wielu. Tak naprawdę od niedawna rozumiem sens tych słów.

A praca fizyczna? Nie można mieszkać na wsi i jej nie doświadczyć. Nie wiem, czy nie zabrzmi to okrutnie, ale chciałabym, żeby moje dzieci też rozumiały, jak to jest pracować fizycznie. W jednej z wypowiedzi w książce ktoś napisał, że dzieci ze wsi nigdy nie wyjeżdżają na wakacje, w innej, ktoś wypowiedział się, że jego matka nie potrafi odpoczywać, nie potrafi siedzieć bezczynnie. Nigdy nie byłam na wakacjach z rodzicami. Wyjeżdżałam kilkakrotnie do rodziny czy na kolonie, ale nie z rodzicami. Rodzinnie mogliśmy pojechać na jednodniowe zwiedzanie. Zauważyłam też, że nie potrafię się nudzić. Mogę spędzić cały dzień, oglądając seriale, ale nie wytrzymam nerwowo bezczynnego leżenia i popijania soczku. Jednak w kwestii prac fizycznych, okazuje się zawsze, że jestem słabym ogniwem, bardzo powolnym, któremu trzeba pomagać. Więc z pracą fizyczną średnio.

Lubiłam za to naukę. Chętnie przeglądałam Encyklopedię i Słownik wyrazów obcych i obcojęzycznych Kopalińskiego (uwielbiam ten słownik). Takie czytanie o pierdołach zostało mi do tej pory, drażę szczegóły. Zmieniło się jedynie medium, teraz mam Wikipedię.

Pod koniec gimnazjum nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Myślałam nad liceum w najbliższej okolicy. Egzamin poszedł mi całkiem dobrze, więc dostałam miejsce z marszu podczas składania papierów. Mogłam tam chodzić. Rodzice uważali jednak, że powinnam celować wyżej. Mama popytała znajomych i znalazła katolickie liceum w Lublinie (nie mieliśmy wtedy Internetu). Z internatem. Dobre warunki mieszkaniowe, bardzo dobre liceum. Tam też się dostałam. Idąc do liceum, nie miałam obaw, że mnie nie przyjmą. Nawet się nad tym nie zastanawiałam, teraz czasem myślę o tym, że jednak nie wszystkim się udało. Pierwsze dni w nowym mieście to był szok. Samodzielne podróże. Mnóstwo nowych ludzi. Pamiętam, jak pierwszego dnia poszłam z koleżanką na Krakowskie Przedmieście. Byłam zdziwiona jak dużo tam ludzi. Pomyślałam, przecież to studenckie miasto, stąd te tłumy młodych ludzi. Tylko, moi drodzy, to był 31 sierpnia.

Po trzech latach mat-fizu wybierałam się na studia w Lublinie. Zastanawiałam się nad Kulturoznawstwem na UMCS. Rodzice byli bardzo przeciwni. Doradzali studia techniczne. Może Politechnikę? Kilka osób zadeklarowało chęć zmiany miasta. Ostatecznie razem z koleżanką w ławki wylądowałyśmy na uczelni w Warszawie. Był rok 2011.

Warszawa była większa od Lublina, a jednak mnie nie przytłoczyła. Wiadomo, początkowo zdarzało mi się zabłądzić ( w zasadzie zdarza się zawsze i wszędzie, fatalna orientacja). Pamiętam jeden z pierwszych dni, ktoś w akademiku powiedział mi, że jeśli skręcę przy Statoilu w lewo i pójdę prosto, to trafię do biedronki. Nie wiedziałam jedynie, że obok kampusu są dwa Statoile. Takich przygód było wiele.

Jednak to były piękne czasy. Nie wiem, czy Warszawa była wtedy inna, czy ja patrzyłam na nią przez pryzmat nowości i młodego wieku. Poznawałam to miasto. Wszystko było nowe, świeże, zupełnie nieznane. Jak w filmie, poznajemy bohaterów, są przejrzyści, a potem wszystko się komplikuje.

Wiem, że lata tutaj mnie zmieniły. Najgorsze, że zaczynając studia, wiedziałam, jakie mam cele i czego oczekuję. Teraz już nie wiem. Zamierzałam spędzić kilak lat w Warszawie, a potem wrócić na wieś, ale kiedy ostatnio mama wspomniała o kupnie tutaj mieszkania, pomyślałam, że to wcale nie taki zły pomysł.
Pamiętam też historie kolegi, ma dosyć nietuzinkowy sposób ubierania i stwierdził, że dopiero w Warszawie może być na prawdę sobą, bo w jego miejscowości nikt nie akceptował jego stylu. Duże miasto daje wolność.

Wróćmy do Warszawy. Bo Warszawa się zmieniła. Zresztą nie tylko ona. Historie opisane w Zaduchu nie są już aktualne. Znaczy, są aktualne dla trzydziestolatków. Jednak minęło niecałe dziesięć lat i cały kraj się zmienił. Dzieci na wsi mają teraz takie same rozrywki jak ich rówieśnicy w miastach, mają takie same możliwości i takie same smartfony. Też wyjeżdżają na rodzinne wakacje.

Warszawa ewoluowała, a mnie wydaje się, że żyje w pośrednim pokoleniu. Jesteśmy jeszcze na tyle młodzi, żeby zaadaptować się do zachodzących zmian, ale nie jest to świat, który sami stworzyliśmy. Byliśmy faza przejściową, końcem „la bell epoque” (przy czym to nie była piękna epoka, a po prostu inna epoka). Osoby, które przybędą wkrótce do stolicy, nie będą się różniły od swoich rówieśników. Ani w Polsce, ani za granicą.

Czego nie lubię w Warszawie? Tego, że Warszawa nie lubi mnie. Nie lubi przyjezdnych. Słyszeliście określenie Słoik. Pewnie, że tak. Wiecie, że nie jest pozytywne. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej w aspekcie popularnego programu stacji Polsat. Nie oglądałam więcej niż kilku odcinków, ale wydaje mi się trochę zakłamany. W każdym razie, słoiki nie cieszą się tutaj zbytnią popularnością. Trochę słabo, ze w naszym kraju nie lubi się nie tylko uchodźców, ale nawet rodaków z innych miast. Na szczęście nie wszystkich trzeba mierzyć ta samą miarą. Dlatego, nawet jeśli jakiś dres chcący popisać się przed swoja plastikową solarą, pogardliwie nazwie was na ulicy „słoikiem”, nie powinniście się przejmować, jest to przecież namiastka starego polskiego wieśniactwa, którego na wsi już raczej nie spotkacie.

Za co lubię stolicę? Możliwości. Nie tylko zawodowe. Przede wszystkim szerokie możliwości obcowania ze sztuką. Tylko w Warszawie znalazłam tyle fajnych teatrów i darmowych przedstawień.

Jak widzicie, gdyby to zależało ode mnie, nigdy nie opuściłabym mojej wsi. Dlatego jestem bardzo wdzięczna moim rodzicom. Widzieli we mnie więcej niż ja sama. I tylko dzięki nim mogę być naprawdę sobą.

Prosto z Warszawy,

Wasza M.

Przy okazji, tekst to element cyklu Dwudziestolatek w wielkim mieście. Jeśli również macie ochotę opowiedzieć o własnych przeżyciach, dajcie znać na adres nicnapowaznie@gmail.com. Czekam na Was!