środa, stycznia 11, 2017

Wenecja, operowa diva i dyrygent, czyli najlepszy serial o muzyce jaki powstał.


Uwaga! Treści tylko dla odpornych. Zniewalająco duża dawka entuzjazmu może powalać!
Kocham muzykę. Kiedy wymieniam wśród zainteresowań muzykę, nie jest to czczy frazes wypełniający lukę w CV. Jest to faktycznie jedno z największych moich zainteresowań. Muzyka wypełnia moje życie. Nie potrafię bez niej funkcjonować. Potrafię przeglądać internet w poszukiwaniu nowych utworów czy godzinami rozmyślać o ulubionych piosenkach. Słucham muzyki, myślę o muzyce, czytam o muzyce. Mój świat dużym stopniu kręci się wokół muzyki.
Jest jeden serial. Najwspanialszy an świecie. Serial, który powstał z myślą o muzyce. Serial, który kręci się tylko i wyłącznie wokół muzyki. Już pewnie wszyscy się domyślają, o jaki serial chodzi. Oczywiście, chodzi o Mozart in the Jungle.
Kocham produkcję Amazona od pierwszego sezonu. Jednak twórcy, po początkowym sukcesie, nie spoczęli na laurach. Jak dla mnie, trzeci sezon rzuca na kolana!
Po obejrzeniu pierwszych pięciu odcinków brakowało mi słów mogących w pełni oddać mój zachwyt. Nadal mi ich brakuje!
Większość bohaterów produkcji spotyka się w Wenecji. W tym przypadku wszystkie drogi prowadziły do Wenecji an koncert La Fiammy. Powracającej na scenę divy. W tę rolę wcieliła się niesamowita Monica Bellucci. Doskonale sprawdziła się jako temperamentna Włoszka. Ten styl, te emocje! Majstersztyk!
Koncert La Fiammy na tratwie płynącej po weneckich kanałach, w towarzystwie Placido Domingo, był dla mnie równie mistycznym przeżyciem, jak wizyta w najprawdziwszej operze (kto śledzi bloga od początku, wie, że jestem fanką opery).
Kolejne odcinki również zaskakują. Szczególnie odcinek siódmy. Jestem niebywale zaskoczona forma, w jakiej został zrealizowany. Jestem nie tylko zaskoczona, ale też zachwycona. Twórcy mieli świetny pomysł.
Z muzyką trzeba wychodzić poza utarte ramy. Nie tylko w kwestii jej tworzenia. Fantastycznie jest, kiedy muzycy nie zamykają się ze swoim talentem w czterech ścianach filharmonii, ale koegzystują ze światem. Wychodzą do tych, którzy na co dzień mogą nie mieć możliwości posłuchania muzyki klasycznej.
Od razu spieszę ze wskazaniem, że propagowanie muzyki nie jest zjawiskiem jedynie serialowym. Sama miałam okazję w minione wakacje uczestniczyć w koncercie Filharmoników Koszalińskich w jednej z nadmorskich miejscowości. Jak się słusznie domyślacie, byłam ogormnie zachwycona i zakochana w występujących muzykach! (może w pani trochę mniej :P)
Jeśli
zaś chodzi o Mozart in the Jungle. Serial, pomimo kilku sezonów, nie traci swojego niepowtarzalnego klimatu, jest lekko i przyjemnie. Jednocześnie mamy zderzenie gwałtownych charakterów. Artyści… Zawsze nieprzeciętni :D
Co Wam gwarantuję po obejrzeniu serialu? Trudny do opisania, niesamowity, muzyczny orgazm.
Polecam, szybciutko przed ekrany Kochani!