poniedziałek, listopada 12, 2018


Czasem każdy z nas potrzebuje chwili odpoczynku i totalnego relaksu. Chwili przyjemności tylko dla siebie. Czasem też nadchodzi taki moment, że masz ochotę pooglądać coś miłego albo wzruszającego. Małe przyjemności można sobie też oczywiście zafundować, ale wiadomo, pod koniec miesiąca z finansami bywa różnie. Wtedy zostają seriale, oczywiście, jeśli wcześniej wykupiliście odpowiedni pakiet.

Damy i wieśniaczki

Ukraińska wersja jest taka urocza. Trudno nawet powiedzieć czemu.

Dla wszystkich, którzy nie znają tej formuły: dwie kobiety zamieniają się miejscami. Bogata dziewczyna z miasta na kilka dni wyjeżdża na wieś, natomiast w jej mieszkaniu w tym czasie przebywa "wieśniaczka". Każda z dziewczyn ma różne przygody, próbując życia tej drugiej. W mieście jest mnóstwo luksusów i nietypowych doznań, na wsi zdarza się, że w domu nie ma łazienki, a głównym obowiązkiem jest oporządzanie inwentarza i pilnowanie ogródka.

Jednym z podstawowych elementów każdego odcinka jest porównywanie garderoby damy i wieśniaczki. Dama ma często sporo ubrań od projektantów, wartość najdroższych zdobyczy wieśniaczki nie przekracza zwykle stu złotych. Zasadniczo w Polsce emitowane są często stare odcinki więc garderoby obu pań odbiegają od aktualnych standardów tego co jest modne.

Zawsze bawi mnie też przepaść pomiędzy funduszami damy i wieśniaczki. Jedna ma na dzień kilka tysięcy, druga kilka złotych.

Ostatniego dnia wieśniaczka zawsze przechodzi metamorfozę - idzie do fryzjera, kosmetyczki, na zakupy. Zwykle te metamorfozy wychodzą bardzo fajnie, nawet jeśli kobieta prezentuje braki w uzębieniu. Jak ma nie wyjść fajnie, kiedy ktoś spędza w salonie kilka godzin?

Niezmiennie smuci mnie natomiast, że po trzech dniach refleksja uczestniczek jest zawsze taka, że ta bogata ma lepiej. Dosłownie ledwie kilka wieśniaczek z radością wracało do domu i do bliskich. Większość zamierza wyrwać się ze wsi w poszukiwaniu bogactwa. Mocno to powierzchowne, ale nie wymagajmy za wiele od tego programu.

Ostatnimi czasy TVN postanowił złamać mi serce i przestał udostępniać odcinki mojego kochanego programu. Na Playerze można teraz oglądać wersję polską,  która zupełnie do mnie nie przemawia, wersję "Za granicą", gdzie Polki zamieniają się z dziewczynami bodajże z Ukrainy. Ta odsłona również mnie nie wciągnęła.
Emitują również "Damy i wieśniaczki. Rosja" i to ogląda mi się całkiem miło. Wersja rosyjska jest, jak to w Rosji, na bogato. Niemniej jest to aktualnie najlepsza dostępna opcja "Dam i wieśniaczek".

Warsaw Shore

Nie oglądałam żadnej innej ekipy, rzadko używam wulgaryzmów, reprezentuję totalnie inne podejście do życia, praktycznie nie bywam na szalonych imprezach, a jednak obejrzałam niemal wszystkie odcinki Warsaw Shore, co jest niewątpliwie sporym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że aktualnie emitowany jest dziesiąty sezon!

Po pierwsze pewnie dlatego, że lubię patrzeć, jak inni dobrze się bawią.
Po drugie ekipa to ekipa, trochę się kłócą, ale jednak są dosyć zgrani i fajnie się na to patrzy.
Po trzecie, niczym prawdziwa drama queen, uwielbiam wszelkie aferki i awanturki bez powodu. Bawi mnie jak oni to strasznie przeżywają.
Co ciekawe, niekiedy znajduję tam też inspirację - uczestnicy mają często bardzo fajne rozrywki, escape roomy, wyścigi czy flyboard - chciałabym spróbować wszystkiego.

Uczestnicy wizualnie i intelektualnie bywają różni, ale większość wydaje się miła i spoko się na nich patrzy.

I teraz powiedzmy sobie szczerze, chyba każdemu zdarzyło się przynajmniej raz być na imprezie chociaż przypominającej szaleństwa ekipy :)

Żony Hollywood

Historie bogatych Polek mieszkających w Ameryce. Ostatni sezon skończył się już bardzo dawno temu i z utęsknieniem czekam na nowe odcinki.

Żony Hollywood mają ciekawe bohaterki, czasem szalone czasem rozsądne - zawsze barwne
Każda jest inna, ale wszystkie mają w sobie coś ciekawego. Nie są to młode podlotki, ale dorosłe i świadome kobiety, co uważam za sporą zaletę.
Podobnie jak w Warsaw Shore, miewają zabawne rozkiminy, które z przyjemnością obserwuję. Poza tym te kobiety zapraszają kamerę nawet w ważnych momentach życia - jak chociażby ślub i mi się to podoba. Fajne jest również, że część dziewczyn koleguje się także poza programem.

Największą zaletą serialu jest jednak to, że zawsze mnie wzrusza. Serio, oglądam i płaczę na każdym odcinku. A jak nie kochać serialu, który tak skutecznie wyciska łzy? Raczej się nie da.

Jak widać w ramach drobnych przyjemności lubię blichtr, bogactwo i imprezy😂 A jak jest u Was? Jakie seriale Wy oglądacie?

Pozdrawiam,
Wasza totalnie kiczowata M.

Guilty pleasure, czyli kiczowate seriale, które nałogowo oglądam

czwartek, listopada 08, 2018


Pewnie pomyślicie, że jestem niewdzięczna poziom milion. Nie dość, że słoik, podatki płaci gdzieś na wsi, nie docenia, że zdobyła tutaj edukację to jeszcze śmie narzekać. Skandal.

A jednak, refleksja po ponad siedmiu latach w stolicy nie jest różowa i pełna jednorożców. Wręcz przeciwnie, jest smutno, szaro i z odrobiną goryczy.

Cofnijmy się jednak wiele lat wstecz. Do moich początków w Warszawie. Do czasów, kiedy uwielbiałam to miasto i jego klimat. Opowiadałam Wam o tym ponad dwa lata temu w tekście Dwudziestolatek w wielkim mieście, czyli o życiu w Warszawie. Od tamtego czasu trochę się jednak zmieniło, skończył się beztroski okres studencki, zaczęła się szara codzienność - praca, obowiązki, odpowiedzialność. A Warszawa straciła coraz więcej ze swoich kolorów.

Nadal cenię spory dostęp do sztuki i teatrów. Niezmiennie Warszawa wygrywa pod względem możliwości zawodowych. Niezmiennie kwitnie tutaj życie towarzyskie. A jednak jest kilka rzeczy, które budzą we mnie ogromne pokłady irytacji - a wręcz agresji. Jeśli przeklinam, to zawsze na coś związanego z codziennym życiem w Warszawie.

Warszawa zabiera godność i zabiera radość życia. Robi to powolutku, małymi kroczkami, aż w końcu nie zostanie z Ciebie nic, jedynie smutny cień.

W zasadzie każde miejskie udogodnienie jest obarczone tak ogromnym kosztem, że wolisz z niego zrezygnować.

Zacznijmy od najgorszego. Dziki tłum i dzikie korki.
Komunikacja miejska w stolicy to dramat. Mój autobus, jedyne połączenie do pracy, spóźnia się codziennie rano. A po pracy, kiedy jest już noc i masz nadzieję zrobić coś jeszcze produktywnego przed pójściem spać, jest jeszcze gorzej. Zwykle autobus po prostu nie przyjeżdża. Dwadzieści minut oczekiwania to minimum. Na linię, która podobno jeździ co niecałe 10 minut.

Jeśli już masz to szczęście, że autobus przyjedzie, nie licz, że będzie lepiej. W środku na sto procent będą tłumy. Jest to równie pewne jak dziwny, trudny do zinterpretowania zapach w śrdku. I włączone grzejniki.

Wybrać się w tygodniu po 17 do centrum? Koszmar. Samobójstwo. Zaleją Cię fala ludzi. Tłum, ściski, wysoki poziom irytacji, któremu ludzie dają upust, aż dziw, że nie dochodzi do rękoczynów. Dramat.

I najgorsza kwestia - korki. Ty chcesz szybko do domu, a tutaj trzeba stać w korku. I nagle wracasz do domu i w sumie można już iść spać.
Mam już na to nowy sposób - w takich sytuacjach będę wracać z pracy pieszo. Czasowo wyjdzie tyle samo, a chociaż będę fit! :)

Inne zalety mieszkania w mieście rzadkie na wsi? Sklep na każdym rogu.
Szkoda tylko, że do tych sklepów nie za bardzo da się pójść. Dlaczego? Przy perspektywie czekania w kolejce przez pół godziny nawet jeść się odechciewa.

Inny przykład? Chociażby odbieranie paczek. Podobno prościzna, elastyczność milion i w ogóle. Tymczasem w rzeczywistości wygląda to tak: odbiór na poczcie - 50 numerków przed Tobą i czekanie minimum pół godziny. Cóż, myślisz sobie, to może jakieś paczkomaty. I tutaj kategorycznie Wam odradzam korzystania z tej formy dostawy. Opowiem Wam moją niedawną historię. Zamówiłam paczkę do określonego punktu. Dostałam sms. Poszłam odebrać. Błąd. Następnego dnia kolejny sms i kolejna próba. Błąd. Poprosiłam o wsparcie na FB. Otrzymałam informację, że rzeczywiście w tym paczkomacie nie odbiorę paczki, bo to nie jest ten do którego  ją dostarczono. A wszystko to jest moją winą, bo ja nie sprawdziłam numeru paczkomatu. Żadnego przepraszam, żadnego nasza wina. Tylko nieprzyjemne zrzucanie winy na konsumenta (bo sposób komunikacji był dramatycznie niemiły). Przekonana, że nie popełniłam błędu zrobiłam śledztwo. Otóż, obsługa InPost samowolnie przeniosła paczkę do paczkomatu dwa kilometry dalej, nie czując się w obowiązku mnie o tym poinformować. Wiecie na co liczyłam w tej sytuacji? Na zwykłe przepraszam. Bardzo na nie liczyłam, byłoby po sprawie. Dostałam jedynie ogromną dawkę goryczy, bo zostałam mocno źle potraktowana i irytacji, że można mieć klienta tak bardzo w dupie. Jak widać można.

I niestety, ostatnio Warszawa to dla mnie głównie takie sytuacje. A życie w ten sposób frustruje, męczy, wykańcza i irytuje. Dzisiejszy tekst nie jest nieststy obserwacją ostatnich dni, pierwsze szkice powstały już na początku tego roku.

Szczególnie jeśli uwzględnimy fakt, że mieszkanie w stolicy najtańsze nie jest i chociażby wynajem mieszkania to comiesięczny worek złota. A komunikacja, a rachunki, a ta cała sztuka i życie towarzyskie?

Może władze powinny dodawać rozweselacze, w powietrzu żeby wszyscy byli dla siebie milsi? Bo powiem Wam szczerze, tak się nie da na dłuższą metę żyć. Zgadzacie się?

W komentarzach widziane wspólne narzekanie, wasze historie lub porady jak przeżyć w tej wielkomiejskiej dżungli. Komentarze zachęcające, żebym czym prędzej na zawsze opuściła to miasto widziane trochę mniej mile :p

Liczę na Was kochani!

Pozdrawiam,
Wasza strapiona M.

Dlaczego nie lubię Warszawy, czyli narzekania niewdzięcznego słoika

piątek, listopada 02, 2018


Tegoroczna jesień obfituje w ciekawe propzycje do kina. Będą superbohaterowie, magia, miłość i sporo wzruszeń - czyli jednym słowem, będzie wszystko!

Przedstawiam bardzo subiektywną listę filmów, które warto obejrzeć w listopadzie i grudniu:

Bohemian Rhapsody

Premiera już dziś! Jeśli jesteście ciekawi, czy film jest fajny, zajrzyjcie do tekstu Miłości mego życia, zraniłaś mnie, czyli przekornie o Bohemian Rhapsody


Planeta Singli 2 

Planeta Singli to moim skromnym zdaniem jedna z najlepszych polskich komedii romantycznych. Do drugiej części po zwiastunie mam mieszane uczucia, ale zdecydowanie nie mogę jej przegapić <3 I mają świąteczne swetry! <3<3



Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda 

W moje urudziny będzie miała premierę kolejna część fantastycznych Zwierząt. Pierwsza mi się nie podobała, ale zwiastun kolejnej zapowiada się znacznie lepiej! :)



Miłość jest wszystkim

Kolejna neirealna i żenująca polska komedia romantyczna w świąecznym klimacie. Wierzę, że bedzie lepiej niż przy Listach do M. 3 i w ogóle świąteczny klimat pewnie zrobi robotę.




Assassination Nation

Zwiastun zapowiada, że to może być ciekawa i nietuzinkowa produkcja.



Narodziny Gwiazdy

Na ten film czekaam bardzo bardzo!<3<3 Nowe "Narodziny Gwiazdy" z Lady Gagą w roli głównej. Będzie melancholijnie, klimatycznie i gorzko romantycznie.



Aquaman

Dialogi w zwiastunie trochę mnie niepokoją, ale ogólnie czekam na własny film Aquamana od dawna i w utęsknieniem :)



Wybierzecie się na któryś z tych filmów? Dajcie znać!

Pozdrawiam,

Wasza trwająca w oczekiwaniu M.

Jesienne hity, czyli na co do kina jeszcze w tym roku

wtorek, października 30, 2018


W piątek w kinach zadebiutuje produkcja opowiadającą historię jednego z najbardziej znanych zespołów w historii. Mowa oczywiście o Queen i "Bohemia Rhapsody".
Na ten film czekałam od miesięcy, nie dziwi więc, że przy pierwszej okazji wybrałam się na pokaz przedpremierowy.

Jedno muszę powiedzieć wam szczerze, Bohemian Rhapsody nie jest tym czego oczekiwałam. Nie znaczy to jednak, że film jest zły. Nie, jest po prostu inny.

Zapytacie, w jakim sensie inny? Otóż Bhemia Rhpasody pokazuje Queen, ale nie w taki sposób w jaki ja postrzegam ten zespół i ich muzykę. Nie przesadza się starych drzew, tak więc i moje uczucia do Królowej się raczej szybko nie zmienią (pewnie nigdy).

Bohemian Rhapsody jest da mnie takie trochę cukierkowe. Styl filmu przypomina mi trochę "Rock of Ages". Niby opowiada prawdziwą historię, biograficzną, ale mi trochę brakowało szczerości. Wszystko to było jakby "zagrane" a nie "przeżyte". Czy jest to wadą? Dla prawdziwie biograficznego filmu może być, ale kiedy potraktujemy Bohemian bardziej jak musical (trącający nawet o taki z teatru) wychodzi całkiem spoko.

Jednocześnie Rhapsody to ewidentny wyciskacz łez! Żadna pani nie powinna się tam wybierać bez zapasu chusteczek. W momentach ciszy z sali dobiegały dosadne pociągnięcia nosem. Były w filmie momenty, kiedy drapanie w gardle było wręcz lekko bolesne, a kolejne spływające po policzkach łzy skutecznie pustoszyły makijaż. Takiego poruszenia na sali nie doświadczyłam od czasu filmu o Marii Callas, a jak pewnie pamiętacie, oceniłam go jako najlepszy film jaki w życiu widziałam.

Sporą zaletą filmu jest dbałość o szczegóły. Styl, fryzury, kreacje sceniczne - wszystko jak żywe. Nawet kubki z Pepsi - stały na fortepianie podczas koncertu Live Aid i stały na fortepianie w filmie. Dobre lokowanie produktu - teraz, 30 lat temu było mało subtelne. Znaczniej subtelniej wypada w filmie Adidas, po prostu marka pasuje idealnie.

Co jednak powinno być najważniejsze w filmie o historii Queen? Oczywiście muzyka! I była. Porywające hity Queen, przy których nie sposób nie tuptać nóżką. Niektórzy widzowie nawet tak się wczuwali, że zaczynali śpiewać. Na głos. Od razu sprostowanie, to nie byłam ja, ja tylko szeptem.

Miło słuchało się Love of my life, które zresztą przewijało się w filmie kilkakrotnie, stając się dla mnie z lekka motywem przewodnim, We will rock you czy tytułowej Bohemian Rhapsody. To są klasyki. Jeśli chodzi o "We are the champions" to trochę mi nie wybrzmiało - na pewno w filmie nie usłyszeliśmy tego co na Wembley w 1986.



Jest też kilka muzycznych kwestii, których w filmie zabrakło. Jedno słowo: Innuendo.

Brak ostatniej płyty to nie tylko aspekt muzyczny. W filmie w ogóle nie ma ostatnich lat Queen z Freddiem Mercury. Jak dla mnie, jest to największy zawód. Brakuje tych najbardziej emocjonalnych kawałków człowieka żegnającego się z życiem i w pełni świadomego nadchodzącego końca. A przecież to właśnie te utwory wybrzmiewają najmocniej. Od "Who wants to live forever" (które akurat chyba w filmie jest, przez wspaniałe i pełne emocji "Show must go on" po "Innuendo", które Mercury nagrywał ostatkiem sił i przy którym można rozpaść się na kawałeczki.


Ogólnie ciężko mi zrozumieć, jak można pokazywać historię Queen bez tak ważnego elementu. Być może idea pokazania zespołu w momencie chwały i blasku podczas Live Aid jest słuszna, do mnie jednak nie trafia. W 1992 roku na Wembley odbył się inny koncert - The Freddie Mercury Tribute Concert i to moim zdaniem byłoby znacznie wspanialsze zakończenie "Bohemian Rhapsody".


Natomiast zupełnie zmroziło mnie, że po zakończeniu filmu an ekranie pojawiły się plansze typu: Freddie zmarł w 1991, do końca życia przyjaźnił się z Mary Austin itp. Groza. Tego nie powinno być. Chyba, że film chciał pełnić rolę edukacyjną dla młodego pokolenia, które o Queen nigdy nie słyszało.

Nie sposób mówić o Mercurym bez kontekstu jego seksualności. O której krążyły legendy i która zupełnie nie została pokazana w filmie. Ot, był jeden męski pocałunek, jakaś scena w klubie. Bardzo grzecznie.

Na koniec dnia "Bohemian Rhapsody" to taki trochę plastikowo lukrowy obrazek, który miło się ogląda, który może nawet wzruszać, ale nie jest to film, po którym wyjdziesz z kina zdruzgotany. A muzyka Queen taka jest. To muzyka, która ukształtuje człowieka. Nie na godzinę seansu, ale na lata. Na zawsze.

Ale i tak idźcie do kina, miło się płacze przy dobrej muzyce.

I prezent na koniec:


Pozdrawiam,

Wasza chcąca wszystkiego teraz zaraz M.

Miłości mego życia, zraniłaś mnie, czyli przekornie o Bohemian Rhapsody

piątek, października 26, 2018


Jak szaleć to szaleć. W zeszłym tygodniu zrobiłam sobie mini maraton filmowy. W trzy dni zobaczyłam trzy polskie produkcje, które niedawno zadebiutowały w kinach. Nie wiecie na jaki film się wybrać? Służę radą.

Kler

Podobno jeden z największych hitów polskiej kinematografii ostatnich lat (po 1989!). Miliony widzów w kinach. Czy nowy film Wojciecha Smarzowskiego rzeczywiście jest takim hitem? Nie mam pewności - osobiście mogłaby nadal wieść spokojne życie nie obejrzawszy tej produkcji.
Film porusza dosyć poważne kwestie związane z Kościołem: romanse, alkoholizm wśród księży, ale przede wszystkim problem pedofilii. Moim zdaniem tego ostatniego w filmie było nieproporcjonalnie więcej niż pozostałych kwestii. Jest to temat poruszajacy, a niektóre sceny były dla mnie moralnie druzgocące.
W pewnym momncie były też sceny z dziećmi z zakonie i na myśl przyszedł mi reportaż Justyny Kopińskiej "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?". Ciekawi mnie, czy było to jedno ze źródeł inspiracji do scenariusza.
Świat jest okrutny, ręka rękę myję, i czasami serce pęka patrząc jak moga być ignorowane ludzkie dramaty. Serce boli, kiedy patrzysz na krzywdę od której nie ma ucieczki. Niemniej jest to schemat powielany przy różnych tematach, a zawsze oddziałuje podobnie.
Szczerze mówiąc, w niektórych momentach w filmie zalatywało mi dialogami w stylu Patryka Vegi. Było też trochę pogoni za sensacją.
czy ten film zmienia postrzeganie Kościoła? Moim zdaniem nie powinien. Kościół to jedno, wiara to drugie. Kościół nie jest nieomylny, boryka się z wieloma problemami, ale nie uważam, że powinno to wpływać na ograniczenie naszej wiary.
Natomiast jesli chodzi o "Kler" film warto obejrzeć, ale osobiście uważam, że wcale nie tracicie wiele, jeśli Wam się nie uda :)



53 wojny

53 wojny to wzorowy przykład przyzwoitego kina. Ma dobrą obsadę, jest dobrze zagrany i porusza nietuzinkowy temat.
Główną bohaterką produkcji jest Anka. Jej maż jest korespondentem wojennym, a ona przez większość czasu siedzi w domu i się o niego martwi.
W filmie jest sporo zbliżeń na twarz głównej bohaterki i scen, kiedy mówi - jak dla mnie to jeden z wyznaczników tego "ambitniejszego" kina i szczerze mówiąc, jest to również formuła, którą średnio lubię. W filmach Marvela raczej takich scen nie uświadczymy (i bardzo dobrze).
Ogólnie patrzenie na Ankę w tym filmie bolało niemal fizycznie. Nie mogłam znieść jej nieogarnięcia i braku jakichkolwiek własnych ambicji. Jej mąż był korespondentem, to ona też chciała. On pisał, ona też próbowała. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego ta kobieta nie ma własnego pomysłu na siebie, własnych pasji czy jakiejkolwiek potrzeby samorealizacji. Cały jej świat kręcił się wokół myślenia o mężu. Zapominała o dzieciach i siedziała w kącie przy kuchennej szafce. Dniami, tygodniami, miesiącami. Siedziała bez celu, czekajac na telefon. Jak dla mnie - jest to prosta droga do psychiatryka.
Główne role w filmie zagrali: Magdalena Popławska i Michał Żurawski. Zagrali bardzo dobrze. Film również nie jest zły, warto go zobaczyć.

Jak pies z kotem

A to mój faworyt! Ten film mnie oczarował.
Nie dajcie się jednak zwieść pogodnemu tytułowi sugerującemu komedię. Bo tak naprawdę to film o ostateczności - o umieraniu.
"Jak pies z kotem" to historia dwóch braci: młodszego Janusza i starszego Andrzeja. Kiedy starszy brat doznaje udaru, młodszy podejmuje się opieki nad nim.
Nie jest to zadanie łatwe, większa część mózgu Andrzeja obumarła i przez chorobę mężczyzna żyje trochę w innym świecie - w jego mózgu funkcjonuje jedynie część odpowiedzialna za wyobraźnię.
Nie chcę za wiele zdradzać, ale w filmie jest sporo zabawnych sytuacji i można się nawet pośmiać. "Jak pies z kotem" pokazuje jak wielka jest różnica w postrzeganiu świata przez różne pokolenia. Nasi rodzice wynieśli z domu tradycję pielęgnowania swoich chorych - każdy chyba zgadza się z poglądem, że umieranie we własnym domu to najlepsza opcja. Dla nich nie jest problemem zmienianie pieluchy czy kąpanie chorego. Młodsze pokolenie ma na to inne spojrzenie. Wpatrzeni w telefony wychodzą z założenia, że chorych ludzi to najlepiej do domu opieki. Ja sama zaczęłam się zastanawiać jaka będę w przyszłości.
Cóż, nikt nie wybiera rodziny, ale wspaniałe jest, kiedy pozornie obcy ludzie, potrafią tą rodziną być. Potrafią wyciągnać rękę, by bezinteresownie pomagać w potrzebie.
Niemniej "Jak pies z kotem" obfituje w żarty sytuacyjne. Sporo zabawnych dialogów to zasługa Igi, żony Andrzeja. Najzabawniejszy - chyba o "ludzkiej żabie". Jest też przezabawna scena z zupą pomidorową.
Ta historia nie może mieć dobrego zakończenia, chociaż taka naiwniaczka jak ja, będzie wierzyła do końca, jednak i tak z kina wychodziłam podniesiona na duchu i z uśmiechem. Trochę smutnym, troszeczkę z łezką kręcącą się w oku, ale jednak z bardzo pozytywnym odbiorem.

Jeśli chodzi o kreacje aktorskie, wszystkie są prześwietne. Robert Więckiewicz w roli Janusza, Bożena Stachura jako jego żona Beata, a także wspaniali Aleksandra Konieczna (Iga) i Olgierd Łukaszewicz (Andrzej) - za swoje role zdobyli Złote Lwy na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni. Totalnie słusznie! Moim zdaniem to najlepsza polska produkcja tego roku (tak, uważam, że bije hitową Zimną Wojnę).
A teraz, co tam czytać. Idźcie koniecznie do kina. Zdecydowanie warto.

Ps. Robię kolejny tydzień kinomaniaka - następny wpis pewnie znowu będzie filmowy <3

Pozdrawiam,

Wasza kinoćpunka M.

3 dni - 3 polskie filmy, czyli kapsułkowa recenzja na co do kina